preview fot. Shutterstock

Praca nie musi cię ograniczać. Możesz podróżować nawet przez 300 dni
w roku i z niej nie rezygnować

Wiele osób zastanawia się, jak to możliwe, że ktoś może ciągle podróżować po świecie, a nieobecność w pracy nie jest dla niego problemem. Są bowiem sposoby na to, aby połączyć przyjemne z pożytecznym i cieszyć się podróżami, niekiedy niemalże przez cały rok. Jak to zrobić?

W sieci bez problemu można natrafić na osoby, które dzielą się relacjami ze swoich podróży. Spędzają kilka miesięcy w Azji, wyjeżdżają nawet na rok lub po prostu jeżdżą na krótkie wypady, ale często. Wtedy na myśl naturalnie nasuwa się pytanie: „Jak oni to robią? A co z pracą?”.

Odpowiedź może być prostsza, niż mogłoby się wydawać. Podróżowanie i pracę zawodową w niektórych przypadkach można bez problemu ze sobą połączyć. Świadczy o tym chociażby przypadek 64-letniego Greka, Babisa Bizasa, który każdy kraj świata odwiedził... dwukrotnie. Obecnie w podróży spędza nawet 300 dni w roku. Jak to zrobił?

Przede wszystkim Grek zaczął podróżować już w młodym wieku. Wtedy jednak miał niewiele pieniędzy, podróżował więc bardzo oszczędnie, często przemieszczał się „stopem”.

  • Dzień Świętego Jerzego w kościele św. Jerzego Lalibela w Etiopii. Fot. Adobe Stock

  • Widok z lotu ptaka na Bora Bora. Fot. Adobe Stock

  • Wodospady Iguazu, jeden z nowych Siedmiu Cudów Świata, znajdujące się na granicy Argentyny i Brazylii. Fot. Adobe Stock

  • Lodowa Antarktyda. Fot. Adobe Stock

Wszystko jednak zmieniło się, gdy w czasie jednej ze swoich podróży postanowił zatrudnić się na statku, który kursował pomiędzy Azją i Afryką a Ameryką Północną. To właśnie ta praca sprawiła, że Babis Bizas mógł zwiedzać świat. Po zakończeniu swojej służby na morzu Grek dalej podróżował i robi to do tej pory. I znów pomaga mu w tym jego praca – mężczyzna jest obecnie przewodnikiem, który organizuje wycieczki w rzadziej odwiedzane miejsca na świecie.

Jest to jeden ze sposobów, dzięki którym dużo czasu można spędzać na wyjazdach – praca, która bezpośrednio łączy się z podróżowaniem. Czasu na prywatne zwiedzanie jest wtedy oczywiście mniej, ale tego, co zobaczycie, nawet służbowo, nikt wam nie odbierze. Kto wie? Może znajoma, która w mediach społecznościowych chwali się zdjęciami z Tokio, Pekinu i Toronto, jest stewardessą? A kolega rozpoczął pracę jako przewodnik?

Wyspa Wielkanocna
Odludny teren na Wyspie Wielkanocnej znany z 15 legendarnych posągów moai i malowniczych wschodów słońca
Etiopia
To różnorodne zabytki, wspaniałe atrakcje, bujne widoki gór i dzika przyroda
Fuji
Najwyższy wulkan i góra Japonii. Każdego roku wdrapują się na nią setki tysięcy turystów
Patagonia
Ogromny park narodowy znany z widoku na góry i lodowiec, ponad 100 gatunków ptaków, kempingu i żeglarstwa
Wielki Kanion
Położony w hrabstwach Coconino i Mohave w północnej części stanu Arizona w USA
Półwysep Jamalski
Leży nad Morzem Karskim, pomiędzy Zatoką Bajdaracką i Zatoką Obską

Nie zawsze jednak jest możliwość, aby pracować w branży turystycznej. Życie może potoczyć się różne, różne są nasze umiejętności i zainteresowania. Wówczas z pomocą może przyjść cyfrowy nomadyzm, zjawisko, które jest znakiem naszych czasów i ery digitalizacji. To styl życia, który pozwala na pracę właściwie z każdego miejsca na świecie. Warunkiem koniecznym jest jednak dostęp do internetu. Jest to bowiem swego rodzaju praca zdalna. Dotyczy zawodów, które mogą pozwolić sobie na to, aby nie musieć spędzać ośmiu godzin dziennie w biurze przy biurku, a ich wykonywanie wiąże się z pracą przez internet.

Najczęściej cyfrowymi nomadami zostają programiści, graficy, projektanci stron internetowych, ilustratorzy, administratorzy fanpage’y, tłumacze, nauczyciele języków obcych, którzy mogą udzielać korepetycji przez internet, copywriterzy, twórcy aplikacji mobilnych czy rozmaici blogerzy i vlogerzy. Często takie osoby są freelancerami, co oznacza, że nie pracują na stałe w jednym miejscu, tylko przyjmują zlecenia od konkretnych firm czy osób. Wówczas nie muszą przejmować się tym, czy szef zgodzi się na ich nieobecność w biurze. Liczy się dostarczenie produktu na czas.

Fot. shutterstock

Styl życia, który pozwala na pracę właściwie z każdego miejsca na świecie

Cyfrowy nomadyzm pozwala więc jednocześnie zarabiać i podróżować. Pracując w podróży, a co za tym idzie, zarabiając, można też więcej czasu spędzać na wyjazdach. Trzeba jednak pamiętać, żeby nie traktować cyfrowego nomadyzmu jako zupełnej sielanki. Rajskie krajobrazy i wygodny hamak rozwieszony na plaży pomiędzy palmami mogą równie mocno motywować, co rozleniwiać. W rzeczywistości, aby skupić się na pracy, potrzebna jest względna cisza i spokój, a także wygodne stanowisko

– w końcu wygodniej manewruje się myszką, siedząc przy stole, a nie kołysząc w hamaku.

Taki styl pracy wymaga też wyjątkowego samozaparcia. Wspaniałe widoki i atrakcje kuszą oraz rozpraszają. Dlatego trzeba dobrze zorganizować czas, a także plan dnia i twardo się go trzymać. Kiedy pracujemy, to pracujemy. Czas na rozrywki i rozkoszowanie się piaszczystą plażą i ciepłym morzem przyjdzie później.

To od was zależy,
jak zaplanujecie swój czas, bo świat stoi
przed wami otworem.

Jeśli zechcecie zostać cyfrowymi nomadami, najpierw przetestujcie ten tryb życia na krótszym dystansie, z dwoma czy trzema zleceniami. Wszelkich porad dotyczących cyfrowego nomadyzmu - tego, gdzie najlepiej jechać, aby mieć komfortowe warunki do pracy, gdzie szukać zdalnej pracy i w przypadku których zawodów się on sprawdzi - znajdziecie chociażby w mediach społecznościowych na grupach poświęconych tej tematyce.

Dobrze jest też rozeznać się w terenie i zastanowić, czym najrozsądniej będzie podróżować. Na pewno warto postawić na samochód. Podróż nim nie wyczerpie was fizycznie (po takim wysiłku możecie bowiem nie mieć już energii na pracę) i będziecie mieć też możliwość naładowania laptopa. Przed wyjazdem sprawdźcie też, jakie są koszty utrzymania na miejscu i upewnijcie, że na pewno będzie was na to stać.

Fot. materiały partnera

Gdy już przetestujecie cyfrowy nomadyzm i okaże się, że dobrze sprawdza się w waszym przypadku, sami podejmijcie decyzję, ile czasu w roku chcecie spędzać w ten sposób. Możecie podróżować przez kilka miesięcy,

a kilka spędzać w Polsce. Pamiętajcie, że pobyt w naszym kraju też wcale nie musi się wiązać z przebywaniem w jednym miejscu. To od was zależy, jak zaplanujecie swój czas. Bo świat stoi przed wami otworem.

preview fot. Shutterstock

Drogi marzeń stworzone dla aut 4x4

Polecamy cztery piękne trasy, które warto pokonać samochodem z napędem 4x4.

Niezależnie od tego, czy wybierasz się na zakupy, czy na aktywny weekend w góry, napęd 4x4 pomaga bezpiecznie dotrzeć do celu. Można na nim polegać w każdą pogodę i na każdej drodze. Dzięki niemu dojedziesz tam, gdzie inni się nie odważą. Przyjrzyjmy się na przykładzie Škody temu, jak działa taki napęd.

Jego sercem jest sprzęgło hydrauliczne wielopłytkowe z elektronicznym sterowaniem, które rozdziela napęd na poszczególne koła. Dodatkowo kierowca może jednym przyciskiem włączyć inteligentny tryb off-road - dostosowuje on charakterystykę silnika i asystentów elektronicznych.

Jednym z nich jest Hill Hold Control, który ułatwia ruszanie pod górę. Jak to działa? Czujniki w samochodzie oceniają nachylenie auta stojącego na wzniesieniu. Jeśli istnieje ryzyko stoczenia się pojazdu, system oblicza siłę hamowania potrzebną, aby unieruchomić samochód. Dzięki temu, gdy kierowca chce ruszyć, ma czas, by przenieść nogę z pedału hamulca na pedał gazu bez ryzyka, że samochód się stoczy. Dodatkowo plastikowa płyta chroni podwozie przed uszkodzeniami przy kontakcie z korzeniami czy kamieniami i zapobiega przedostawaniu się brudu i pyłu do komory silnika.

INTELIGENTNY NAPĘD NA 4 KOŁA

Modele ŠKODY z napędem 4x4 są gotowe na każde wyzwanie – niestraszne im nieutwardzone drogi, błoto czy żwir. Napęd ze sprzęgłem 4x4 jest elektronicznie sterowany i reaguje na każdą zmianę warunków w przeciągu zaledwie kilku milisekund. Zapewnia wysoki poziom bezpieczeństwa i daje przyjemność z jazdy.

ŠKODA KODIAQ
Idealne połączenie komfortu, bezpieczeństwa i rodzinnego charakteru
ŠKODA OCTAVIA
Styl, przestrzeń i technologia skupione w klasie kompaktowej
ŠKODA Superb
Flagowa ŠKODA niezawodna zarówno jako mobilne biuro, limuzyna i rodzinny samochód na wakacje
ŠKODA KAROQ
SUV z charakterem. Dynamiczne proporcje w kompaktowym nadwoziu

Tak wyposażonym autem możemy ruszać w drogę. Szczególnie zimą szybko docenimy zalety napędu 4x4, nawet jeśli poruszamy się po mieście. Nie zapominajmy, że po obfitych opadach śniegu główne drogi mogą nim być pokryte przez kilka godzin, ale na osiedlowych uliczkach śnieg może zalegać nawet przez kilka dni. O ile kierowcy prowadzący samochody z napędem na dwa koła będą mieli problem z

pokonaniem takich dróg, właściciel auta 4x4 przejedzie nimi bez problemu, wręcz komfortowo. Walory napędu na obie osie warto też sprawdzić na bardziej wymagających trasach, a wartością dodaną będą piękne widoki. Proponujemy cztery trasy, którymi każdy kierowca powinien przejechać przynajmniej raz w życiu.

< >
  • Napęd na wszystkie koła

    Napęd na wszystkie koła

    Zapewnia zauważalny wzrost trakcji i bezpieczeństwa. Centralnym elementem napędu jest sprzęgło hydrauliczne wielopłytkowe z elektronicznym sterowaniem, które jest umieszczone przed tylną osią i wyróżnia się niską masą.

  • Tryb Off-road

    Tryb Off-road

    Inteligentny system Off-road możesz uruchomić za pomocą jednego przycisku, dostosowując tym samym charakterystykę silnika, asystentów elektronicznych i systemów kontroli trakcji do bezdroży.

  • Hill Hold Control

    Hill Hold Control

    To wspomaganie wjazdu pod wzniesienie, uruchamia się np. podczas wjazdu pod górę, a nawet przy wyjeździe z garażu – zapobiega staczaniu się auta bez potrzeby używania hamulca ręcznego.

  • Bezpieczeństwo

    Bezpieczeństwo

    Modele ŠKODA 4x4 wyposażone zostały w inteligentny napęd na wszystkie koła i najnowocześniejsze zabezpieczenia, a także sztywne nadwozie i aż 9 poduszek powietrznych zapewniają spokój jazdy niezależnie od miejsca i czasu.

Wyścigowy odcinek

Droga prowadząca z Limanowej w kierunku Zalesia przez przełęcz Ostrą to jedna z najładniejszych tras w Polsce. Do tego wymagająca – będzie więc stanowić wyzwanie. Dodatkową rekomendacją może być fakt, że to odcinek Górskich Samochodowych Mistrzostw Polski.

Najciekawsza część drogi zaczyna się w miejscowości Stara Wieś i pnie się pod górę w stronę przełęczy. Trasa wiedzie przez las, a jej największą atrakcją jest ponad 30 zakrętów na długości zaledwie 8 km. Bariery energochłonne, które zabezpieczają kierowców przed wypadnięciem z drogi oraz biało-czerwone tarki na poboczu mogą kojarzyć się z kultową, północną pętlą Nurburgring – słynnego niemieckiego toru wyścigowego. Podróżując w zimowej scenerii tym odcinkiem drogi przekonamy się, że napęd na cztery koła to absolutna konieczność.

Nie wolno zapominać, że jest to droga publiczna, po której poruszają się inne auta. Kierowca musi zachować rozsądek i nie dać się ponieść sportowym emocjom, choć trzeba przyznać, nie jest to łatwe.

Pozostałe trzy nasze propozycje, wymagają wyruszenia w dalszą podróż, ale kto nie lubi podróżować? Zwłaszcza jeśli w perspektywie jest jazda trasami uznawanymi za najpiękniejsze w Europie. Są one okresowo zamykane (w miesiącach, w których warunki są najtrudniejsze, m.in. ze względu na opady śniegu) lub - jak w przypadku Norweskiej Drogi Atlantyckiej - przejazd nimi jest niemożliwy podczas niesprzyjających warunków atmosferycznych, na przykład sztormu lub oblodzenia. To jednak nie oznacza, że nie można ich pokonać w zimowej scenerii. Śnieg pojawia się na nich nawet latem, ale jeśli chcemy mieć pewność, że biały puch będzie pokrywał okolicę, najlepiej wybrać się tam wiosną lub jesienią, a wyjazd zaplanować już dziś.

Fot. Adobe Stock

"The Guardian" uznał
Atlanterhavsveien
za najlepszą trasę
na przejażdżkę samochodem

Cud infrastruktury

Droga Atlantycka (Atlantic Highway lub Atlanterhavsveien) to prawdziwy cud. "The Guardian" uznał, że jest najlepszą trasą na przejażdżkę samochodem. Prowadzi między miejscowościami Bud i Karvag, liczy 36 kilometrów długości i przebiega przez mosty zawieszone tuż nad oceanem, w tym charakterystyczny

Most Storseisundet, zbudowany w formie artystycznego łuku. Podczas podróży można podziwiać nie tylko piękne widoki, jest też szansa na zobaczenie fok i wielorybów. Z tej wyjątkowej drogi dumni są Norwegowie, którzy przyznali jej tytuł "konstrukcji wieku". Ze względu na usytuowanie i architekturę Atlanterhavsveien nazywana jest również narodowym szlakiem turystycznym.

  • Droga Atlantycka. Fot. shutterstock

  • Droga Atlantycka. Fot. shutterstock

Marzenie kierowcy

Przełęcz Stelvio, czyli najwyższa przejezdna dla samochodów przełęcz we włoskich Alpach Wschodnich (2758 m n.p.m) oraz jedna z najwyższych przełęczy w Europie, łączy miejscowości Stelvio i Bormio. Najpiękniejsze widoki czekają na kierowców blisko szczytu. Wrażenie robi nie tylko krajobraz, ale sama droga, która składa się z 48 ponumerowanych zakrętów. Północny podjazd o długości około 24 kilometrów ma nachylenie 7,4 procent, a średnie przewyższenie trasy wynosi ponad 1,8 km! Poprzez przełęcz biegnie trasa słynnego wyścigu kolarskiego Giro d’Italia, jeśli więc zapakujemy do auta rower, możemy zafundować sobie

dodatkową rozrywkę. Podróżując tą trasą warto odwiedzić Park Narodowy Stelvio z malowniczo położonymi jeziorami lodowcowymi i skorzystać z okazji do narciarskiego szaleństwa, co paradoksalnie w sezonie zimowym nie jest możliwe. Powód? Trasa przez przełęcz zimą jest zamknięta z powodu zagrożenie lawinowego, a okazuje się być jedyną drogą prowadzącą do stacji narciarskiej. Dlatego jeśli chcemy podziwiać uroki serpentyn Przełęczy Stelvio w zimowej scenerii, najlepiej wybrać się tam najwcześniej w maju. Zachętą mogą być słowa Jeremy`ego Clarksonona, który określił przełęcz Stelvio jako "najlepszą na świecie drogę do jazdy samochodem". A potem... zmienił zdanie.

  • Przełęcz Stelvio. Fot. shutterstock

  • Przełęcz Stelvio. Fot. shutterstock

Rumuńska alternatywa

Wspomniany już dziennikarz motoryzacyjny Jeremy Clarkson zachwycony trasą biegnącą przez Przełęcz Stelvio po przejechaniu rumuńskiej Drogi Transfogarskiej uznał, że to jednak jej należy się tytuł "najlepszej trasy na świecie". Tu również widoki zapierają dech w piersi. Skalistych szczytów i asfaltowej nitki, która przez 150 km mozolnie wspina się aż na wysokość 2034 m n.p.m., nie da się zapomnieć. Trasa łączy wieś Bascov z Cartisoarą w Siedmiogrodzie (Transylwania). Najbardziej spektakularny jest północny odcinek drogi – wiedzie licznymi tunelami, mostami i wiaduktami. Z kolei w południowej części trasy

czekają na turystów inne atrakcje, m.in. zapora na rzece Ardżesz o wysokości 160 metrów, która tworzy jezioro Vidraru, czy zamek Poienari należący do Włada Palownika, który był pierwowzorem Drakuli. Ze względu na wiele zakrętów na trasie obowiązuje ograniczenie prędkości do 40 km/h, a zimą jest ona zamknięta. Radzimy przestrzegać tych i innych zakazów, nakazów i ograniczeń na wszystkich drogach, po których jazda daje przyjemność i możliwość przeżycia niezapomnianych wrażeń. Najważniejsze zawsze niech będzie bezpieczeństwo – także w aucie z napędem 4x4.

  • Droga Transfagaraska, najbardziej spektakularna droga na świecie. Fot. Adobe Stock

  • Fot. Adobe Stock

preview fot. Shutterstock

One żyją z pasją - w tygodniu
i w weekendy

Trzy kobiety - w różnym wieku, na odmiennym etapie życia, o różnych zainteresowaniach. Każda z nich bierze z życia najwięcej, jak się da. Warto wziąć z nich przykład i przekonać się, że można „bardziej”.

Czas tylko dla mnie

Beata ma 35 lat i... trzy córki. Po urodzeniu trzeciej - pięć lat temu, odkryła triathlon i zaczęła powoli coraz bardziej wkręcać się w ten sport. - Najpierw chciałam po prostu wrócić do formy, zadbać o kondycję i ciało - przy trzech córkach, dwóch psach i pracy na pełen etat należy pozyskiwać energię skąd się da - śmieje się. Później okazało się, że godziny, w czasie których trenuje to jest „jej” czas. Chwile, które może poświęcić sama sobie.

- Rodzina szanuje moje treningi, wszyscy wiedzą, że mnie wtedy nie ma - chociaż mogę być za ścianą i wszystkie ważne sprawy trzeba załatwiać samodzielnie, bez mojej pomocy. Teraz trening są integralną częścią jej życia. - Codziennie spędzam półtorej godziny na budowaniu formy przed startami. Z czasem Beata przeszła na mniejszą część etatu, żeby mieć wolne poniedziałki - to jej „dzień higieniczny”. - Mam wtedy czas na porządny trening na basenie, mogę omówić z moim kolegą, który mnie trenuje, jak mam w tym tygodniu ćwiczyć - tłumaczy.

< >

Beata pracuje w korporacji, na dość odpowiedzialnym stanowisku. Dba jednak o to, żeby zdrowe proporcje między życiem osobistym, a pracą zostały zachowane. - Bez aktywności bym nie dała rady żyć na takich obrotach. Godzina na trenażerze [konstrukcja, która zamienia zwykły rower w rower stacjonarny przyp. red.] i od razu mam czystszy umysł, wszystko poukładane w głowie. Sport zalewa mnie endorfinami i daje niesamowitego kopa.

Rodzina Beaty przyłącza się do jej aktywności w weekendy. - Nie siedzimy w domu, przed telewizorem, nie

jest nam straszna gorsza pogoda. - To nawet lepiej, bo ludzie wtedy siedzą w centrach handlowych, zamiast w lesie, gdzie spotkać można tylko właścicieli psów na obowiązkowych spacerach z pupilami. W wakacje wspinamy się, pływamy na kajakach, biwakujemy, jeździmy na rowerach, gramy, skaczemy, biegamy.

Beata właściwie każdy weekend spędza z bliskimi poza miastem. - I nie chodzi wcale o to, żeby szukać atrakcji na siłę. Spacer i zabawa w budowanie szałasu w lesie jest dla moich córek świetną atrakcją. Ja w tym czasie mogę im towarzyszyć i przy okazji porządnie się porozciągać - śmieje się.

Fot. shutterstock

Moje rówieśnice nie mogą zrozumieć, że chce mi się polować na tanie bilety lotnicze

Gdzie sztuka, tam Maryla

Na drugim od Beaty jest Maryla. Maryla jest po tuż przed sześćdziesiątką i najbardziej interesuje ją sztuka i kultura. Te zainteresowania zaszczepili jej rodzice, którzy zawsze, gdy jeździli rodzinnie na wakacje, pierwsze kroki kierowali do muzeów i galerii w odwiedzanych miastach. - Moje rówieśnice nie mogą zrozumieć, że chce mi się polować na tanie bilety lotnicze tylko po to, żeby spędzić jedną noc np. w Londynie, żeby zobaczyć unikalną wystawę malarstwa Leonardo da Vinci. Maryla jeździ po całej Polsce - kierunki wyznaczają ciekawe wydarzenia kulturalne. - Kraków, Tarnów, Cieszyn, Łódź - każde z tych miast może stać się

celem weekendowego wypadu Maryli. O ile tylko skusi ją do podróży oferta kulturalna.

W tygodniu Maryla chodzi na spotkania, warsztaty, panele dyskusyjne. Ma bardzo otwartą głowę i interesuje ją także literatura i kino. Od niedawna razem z wnuczętami chodzi na spotkania do filharmonii, na pokazy filmów dla dzieci i dostosowane do ich wieku wystawy. Mają już na koncie pierwszą wyprawę z babcią do innego miasta. Wspólnie odwiedzili Katowice i Muzeum Śląskie. Wszyscy byli wyprawą zachwyceni.

Patrycja lata tu i tam

Patrycja jest trochę jak połączenie Maryli i Beaty - ma wiele zainteresowań i lubi aktywność fizyczną, to co ją jednak wyróżnia to absolutna spontaniczność. - Na razie mam możliwości na to, żeby wspólnie ze znajomymi z dnia na dzień wyjechać na wyprawę, w której zwolniło się miejsce, albo wsiąść w samochód i pojechać na koncert, na który dzień wcześniej kupiłam okazyjnie bilet. Patrycja ma 30 lat, nie ma dzieci, pracuje jako grafik wolny strzelec.

- Moja mama nie może uwierzyć, że można upchnąć tyle aktywności w ciągu jednego tygodnia. Miałam kiedyś taki

miesiąc, że byłam służbowo na trzech kontynentach, a prywatnie na dwóch koncertach w różnych europejskich miastach.

Patrycja śmieje się, że gdyby chciała skorzystać ze wszystkich zaproszeń i wydarzeń, to wychodziłaby z domu codziennie o 8 rano, a wracała grubo po północy. Wolność, którą cieszy się Patrycja może wywoływać zazdrość. - Latem budzę się czasami i stwierdzam, że stęskniłam się za wschodem słońca w Sopocie. Wsiadam więc w samochód i jadę go zobaczyć - tak, jak inni stwierdzają, że tego dnia pójdą na spacer do parku.

  • Fot. shutterstock

  • Fot. shutterstock

  • Fot. materiały partnera

  • Fot. shutterstock

preview fot. Shutterstock

"Rzucić wszystko i wyjechać na rok".
Czym jest one year gap
i czy na pewno jest dla każdego?

„A rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady”. Pewnie nie raz myślałeś podobnie. To pewnie dlatego, że nigdy nie zrobiłeś sobie one year gap, żeby odpocząć, nabrać dystansu, poczuć wolność, a przy okazji czegoś się nauczyć – innymi słowy – stać się kimś więcej, niż zwykły turysta. Tylko. czy to na pewno przygoda dla ciebie?

One year gap lub w skrócie po prostu gap year, czyli „przerwa roczna”, to okres pomiędzy jakimiś etapami w życiu, który spędza się zazwyczaj na podróżowaniu, a przy okazji również nabywaniu doświadczenia. Nie musi trwać dokładnie rok. Przerwa czasem jest nieco dłuższa, a innym razem krótsza – wszystko zależy od twoich preferencji i planów.

Choć większości z nas gap year kojarzy się z USA, tradycja ta wywodzi się z Europy Zachodniej i ma swoje korzenie w dawnych wojażach Anglików z dobrych domów. Obecnie na one year gap decyduje się również sporo młodych ludzi z pozostałych krajów Europy Zachodniej. W Polsce jednak moda ta wciąż raczkuje, a szkoda.

Wbrew pozorom to rozwiązanie nie tylko dla studentów, którzy chcą się nauczyć języka i zaznać nieco samodzielności oraz swobody. Obecnie na „rok przerwy” decydują się również osoby, które mają już za sobą 25 czy 30 urodziny, ale chciałyby nieco oderwać od rutyny codziennego życia, pozwiedzać, a przy okazji nabyć nowych umiejętności, innymi słowy przeżyć coś więcej czy też poszerzyć swoje horyzonty.

  • Fot. shutterstock

  • Fot. shutterstock

Czas dla siebie
Ogromną zaletą gap year, zwłaszcza we współczesnym świecie, jest to, że dzięki niemu uzyskujesz nieco czasu na spokojne przemyślenie tego, co naprawdę chcesz robić i co jest dla ciebie naprawdę ważne. Z tego powodu dobrym okresem na rok przerwy jest czas pomiędzy szkołą średnią a studiami albo tuż przed wybraniem specjalizacji na studiach.

Fot. shutterstockFot. shutterstock
  • Fot. shutterstock

  • Fot. shutterstock

Powód jest prosty. Bardzo często w tym wieku trudno jeszcze zdecydować, co naprawdę nas interesuje, zwłaszcza wtedy, gdy większość wolnego czasu spędzaliśmy z nosem w książce, by przygotować się do matury.

Odrywając się od codziennego pędu, możesz nabrać dystansu, który pozwoli ci lepiej poznać siebie, a także swoje potrzeby oraz pragnienia.

W ten sposób masz również czas na to, by spróbować swoich sił w różnych rodzajach aktywności. One year gap to również przestrzeń, by spróbować życia i pracy na własną rękę (dla niektórych „gappersów” po raz pierwszy w życiu), a więc poznać, jak naprawdę smakuje wolność i niezależność.

Praca, nauka czy zwiedzanie?
Warto dodać, że aktywności, które będziesz podejmować podczas swojej „rocznej przerwy”, możesz wybierać z całkiem pokaźnego grona. Owszem, można po prostu zwiedzać, na przykład jeżdżąc po świecie autostopem lub przemierzać świat samochodem z napędem 4x4. Jeśli jednak nie masz walizki pełnej pieniędzy, a twoim celem jest kraj, w którym życie nie jest tanie, warto rozważyć podjęcie pracy na miejscu. Wbrew pozorom to bardzo korzystne, ponieważ obcując na co dzień z językiem danego kraju, łatwiej wyszlifować swoje umiejętności w tym zakresie.

Praca zarobkowa to zresztą niejedyne wyjście. Do wyboru masz jeszcze m.in. staż i wolontariat, choć trzeba przyznać, że to znów rozwiązanie dla osób, które są gotowe, by się uczyć i poznawać świat, a nie zarabiać. Jeśli samodzielnie trudno ci coś takiego zorganizować, istnieją wyspecjalizowane firmy, które zajmują się urządzaniem „gap year”.

Plusem jest to, że doświadczenie zdobyte w ten sposób będzie zapewne dobrze widziane na dalszych etapach twojej kariery. Wiele osób obawia się jednak, że tak długa przerwa w edukacji czy pracy zawodowej, może pokrzyżować im karierę czy np. odsunąć ich od życia zawodowego lub świata nauki.

Będziesz kimś więcej, niż turysta
Prawda jest taka, że wyjazd do jakiegoś miejsca, nawet na kilka tygodni, to wciąż tylko wakacje – krótkie lub długie, ale wakacje. Tymczasem rok spędzony w jakimś miejscu, daje możliwość prawdziwego „wsiąknięcia” w nie.

Dzięki temu nie tylko możemy świetnie podszlifować język. Poznajemy też obcą kulturę, nabieramy szacunku i tolerancji dla różnorodności.

Pamiętaj jednak, że nie zawsze będzie łatwo i różowo. W czasie wojaży przyjdą pewnie i gorsze chwile, gdy poczujesz się źle, a tymczasem będziesz zdany wyłącznie na siebie.

O tym pamiętaj, wybierając się na one year gap:
Sprawdź, czy masz odpowiednie dokumenty. Na specjalnej stronie MSZ oraz w aplikacji iPolak, możesz sprawdzić, jakie dokumenty potrzebne są przy wjeździe do danego kraju. Dowiedz się też, kiedy i jak najlepiej je wyrobić. Jeśli masz paszport, sprawdź do kiedy jest ważny i jaki okres ważności paszportu wymagany jest w kraju, do którego się wybierasz.

Wyjeżdżając, nie zapomnij zabezpieczyć swojego zdrowia. Sprawdź, czy masz ubezpieczenie zdrowotne, czy działa ono w krajach, do których się wybierasz i co obejmuje?

Odpowiednio wcześnie wykonaj również niezbędne szczepienia. Warto również wyrobić sobie ubezpieczenie NNW, OC, a także dodatkowe ubezpieczenie dla bagażu – zwłaszcza jeśli zamierzasz się przemieszczać. Są to jednak zwykle całkiem spore koszty (nawet rzędu kilku tysięcy złotych).

Przyda się również konto walutowe i karta, dzięki której można bezpłatnie wypłacać pieniądze w bankomatach na całym świecie. W ten sposób nigdy nie powinno ci zabraknąć pieniędzy. Lepiej nie noś przy sobie sporych sum, ponieważ w wielu miastach, nawet w krajach Europy Zachodniej, łatwo stać się ofiarą kradzieży.

preview fot. Kasia Biernacka / kasiabiernacka.com

Piotr Hercog:
Chcę wytyczyć nową polską drogę
na Biegun Południowy

- Chcę w listopadzie, wraz z Piotrem Pustelnikiem, wytyczyć nową polską drogę na Biegun Południowy. Przez góry Antarktydy – mówi w rozmowie ze Sport.pl Piotr Hercog, wybitny ultramaratończyk, ratownik GOPR.

Paweł Wilk, Sport.pl: Mieszkasz w niskich górach, a biegasz w wysokich. Brzmi niewykonalnie.
Piotr Hercog, ultramaratończyk, ratownik GOPR: - Prawdę mówiąc w niższych górach lepiej się trenuje, pogoda jest łaskawa. W Górach Stołowych da się solidnie poćwiczyć. Cały okres przed zawodami podporządkowuje przygotowaniom do startu. Jeżeli bieg odbywa się w naprawdę wysokich górach, kiedy muszę wziąć pod uwagę aspekt aklimatyzacji, wówczas wyjeżdżam.

Nie chciałeś mieszkać na Podhalu?

- Z jednej strony tak, uwielbiam Tatry. Poza Górami Stołowymi to dla mnie drugie wyjątkowe miejsce w Polsce. Kilkukrotnie próbowałem przebywać dłużej zimą w Tatrach, to nie takie proste. Warunki śniegowe, zagrożenie lawinowe i silne wiatry wpływają na jakość treningu, a to jest dla mnie najważniejsze. Fajnie się tam ćwiczy wiosną i latem, zimą jest trudniej.

Start w Biegu Rzeźnika był momentem przełomowym w twoim życiu?
- Dekadę temu przypadek zdecydował o moim losie. Najpierw pojawiłem się w Górach Stołowych, żeby przez kilka miesięcy, wraz z przyjacielem, prowadzić schronisko. Później – również nieplanowanie – wygrałem Bieg Rzeźnika, mój pierwszy bieg górski, choć chciałem tylko potrenować. Brałem wówczas udział w rajdach przygodowych, przygotowywałem się do Adventure Racing w Szwecji na dystansie tysiąca kilometrów.
Co było dalej?
- Przyglądałem się biegom górskim. Zwycięstwo w „Rzeźniku” skłoniło mnie do spojrzenia w ich kierunku, skupieniu się nad tą dyscypliną. Zacząłem startować w różnych zawodach, w Polsce i za granicą.
Dziś jesteś najlepszym ultramaratończykiem na świecie.
- Dobrych ultramaratończyków jest wielu. Nie określam się mianem najlepszego, po prostu potrafię rywalizować z najlepszymi. Choć często mam dziwne i nietypowe marzenia, cieszę się, że je spełniam.

Patrząc na wyniki, jakie osiągasz w górach wysokich, na przewagi czasowe nad konkurentami, samo na usta ciśnie się pytanie, czy masz w sobie limity?
- Oczywiście jak każdy normalny człowiek. Okres rajdów przygodowych nauczył mnie poznawać własny organizm, zdarzyło mi się przekroczyć granice. To doświadczenie procentuje dzisiaj, wiem, gdzie mam ograniczenia. Nielimitowane są natomiast moje marzenia o startach, kolejnych wyzwaniach.

To, co robisz, wciąż jest pasją?
- Jeśli podchodzimy do czegoś z pasją, jesteśmy w stanie oddać więcej serca. Tak jest w moim przypadku. Zawodowo zajmuje się organizacją biegów, ale starty w zawodach traktuje tylko, jako pasję. Nie mam z tego profitów.

W 2007 r. startowałeś w Tenzing Hillary Everest Marathonie. Kłaniałeś się tylko Nepalczykom.
- Był to dla mnie jeden z ważniejszych startów. Solidnie się

przygotowałem, chciałem sprawdzić, czy jest szansa powalczyć z miejscowymi o podium. Warto podkreślić, że
nie są to przypadkowi ludzie, tragarze, tylko zawodowi sportowcy z nepalskiej armii. Mimo że przez miesiąc trenowałem na miejscu, musiałem uznać ich wyższość. Klasyfikacje były dwie, jednak dla lokalsów, a druga dla obcokrajowców. Wydawało mi się śmieszne, żeby tak dzielić zawodników. Zrozumiałem jednak, że rywalizowanie o „normalny oddech”, o bieganie na tej wysokości z Nepalczykami żyjącymi w Himalajach od pokoleń, jest bardzo trudne. W kategorii open byłem siódmy, a w tej przeznaczonej dla przyjezdnych – pierwszy. Wydaje mi się, że jeszcze sporo czasu upłynie, zanim ktoś stanie z nimi w szranki jak równy z równym.

Gdyby zsumować ilość przewyższeń pokonanych przez ciebie w trakcie kariery, ile razy byłeś na szczycie Everestu?
- W czasie jednych zawodów na dystansie stu czy stu pięćdziesięciu kilometrów, suma podejść wynosi wysokość Mount Everestu. Także przez całe swoje życie, na dachu świata byłem dziesiątki razy.

  • fot: mat. Hercog Mountain Challenge

  • fot: mat. Hercog Mountain Challenge

  • fot: mat. Hercog Mountain Challenge

  • fot: mat. Hercog Mountain Challenge

Czy przebiegnięcie niemal czterystu kilometrów w sześćdziesiąt godzin jest zdrowe? Tyle pokonałeś zwyciężając w Moab 240 endurance run.
- Choć jestem po AWF-ie, a sportem wydolnościowym zajmuje się trzydzieści lat, nie umiem jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Myślę, że pewien wysiłek nie jest dobry dla organizmu; za to cały proces przygotowań do niego, treningi, odpowiednie żywienie, zdrowy tryb życia, są korzystne. Bilansując te zmienne, wychodzi więcej plusów.

Wysiłek, jakiego się podejmujesz, jest nieludzki.
- Oceniając z perspektywy osoby nietrenującej, faktycznie tak to wygląda. Natomiast jeśli trenuje się biegi kilkanaście lat, to nie jest tak źle. Ludzki organizm ma ogromne możliwości adaptacyjne.

Czyli limity, o których rozmawialiśmy wcześniej, siedzą tylko w głowie?

- Dokładnie, wszystko jest kwestią psychiki. Schematy podane w podręcznikach nie zawsze są miarodajne. Najpiękniej jest samemu sobie podnosić poprzeczkę.

Ultramaratony są sportem ekstremalnym?
- Wyzwania, jakich się podejmuje, są ryzykowne, bo przyroda jest niebezpieczna, ale robię wszystko z głową. Bezpieczeństwo w moim życiu to podstawa, jestem ojcem dwójki dzieci i ratownikiem GOPR.

Podczas Ultra Fiord Patagonia na dystansie stu mil zająłeś pierwsze miejsce, ale pokonywałeś szczeliny w lodowcu na żywca. Jak dużo ryzykowałeś?
- Podbramkowe sytuacje się zdarzają, wówczas w mgnieniu oka trzeba podjąć decyzję, co dalej. Tak było w Patagonii, ścigając się, dotarłem do miejsca, które powinno być zabezpieczone i miałem wybór: zrezygnować z rywalizacji lub podjąć wzywanie. Uznałem, że panujące warunki są do przyjęcia, nie było to ekstremum, wiedziałem, że sobie poradzę.

< >

Rok wcześniej w trakcie tego samego wyścigu, w wyniku hipotermii zmarł Arturo Martinez Rueda.
- Dowiedziałem się o tym wypadku tuż przed zawodami. Statystycznie zdarza się, że ktoś nieodpowiednio się przygotuje lub przeceni swoje możliwości, zwłaszcza gdy aura nie sprzyja. Martinez zabłądził, nie umiał odnaleźć trasy i na skutek załamania pogody i słabego zabezpieczenia sprzętowego zmarł z wychłodzenia. To oczywiście wielka tragedia, ale nie wystraszyłem się. Podchodzę do gór z szacunkiem, wszystko wcześniej sprawdzam, zabieram odpowiedni ekwipunek, jestem gotowy na każde warunki.

Jak sobie radzisz z różnicami temperatur i wysokości w czasie kilkuset kilometrowych biegów?
- W górach wysokich pogoda jest zmienna, jednego dnia pięknie świeci słońce, a dobę później może padać deszcz lub śnieg. Muszę być gotowy na wszystko, dlatego skrupulatnie przygotowuję się do wszystkich startów. Kondycyjnie, logistycznie i sprzętowo.

Ktoś cię wspiera na trasie?
- Mimo że biegi górskie są sportem indywidualnym, to wsparcie bliskich, zarówno przed zawodami, jak i w ich trakcie, jest niezbędne. Pomaga mi grupa przyjaciół i rodzina, zabezpieczają mnie na trasie, a ja świetnie się z nimi czuje. W punktach kontrolnych podają mi jedzenie, picie, ubrania na zmianę. Dzięki nim oszczędzam czas, zwiększam swoją przewagę nad rywalami lub nadrabiam dystans do zawodników będących przede mną.

Zwycięstwa byłyby możliwe bez nich?
- W wielu przypadkach byłoby to trudne, a nawet niemożliwe. Ich praca jest niewymierna, bo nie da się policzyć, ile minut dzięki wsparciu zaoszczędziłem, ale bywa znacząca. Pomagają mi również psychicznie. Dobiegając do bufetu, wiem, że ktoś na mnie czeka, powie dobre słowo, zmotywuje.

Biegasz z trackerem, żeby twój team wiedział, gdzie się znajdujesz?
- Tylko wtedy, gdy wymaga tego organizator. Jeśli nie muszę mieć ze sobą urządzenia lokalizującego, to z niego nie korzystam. Ograniczam wagę posiadanego sprzętu do minimum.

W 2016 r. stanąłeś na najwyższym stopniu podium International Elbrus Race, ale nie byłeś najlepszy. Paradoks.
- To bardzo specyficzne zawody, start jest w dolinie na wysokości 2400 m n.p.m., a meta zlokalizowana jest na szczycie, na pułapie 5600 m n.p.m. Jest to krótki, ale wyjątkowy, ciężki bieg. Wymaga przygotowania pod kątem wytrzymałości i aklimatyzacji. Wygrałem w kategorii mężczyzn, ale lepszy czas ode mnie osiągnęła Oksana Stefaniszyna, triumfatorka w kategorii kobiet. Była zdecydowanie lepiej przygotowana, w bazie pod Elbrusem spędziła ponad miesiąc, odbyła kilka wyjść biegowych i aklimatyzacyjnych, i opłaciło się, pobiła rekord świata kobiet. Ja na miejscu pojawiłem się zbyt późno.

Co jest ważniejsze w przygotowaniu do biegu wysokogórskiego, aklimatyzacja czy długie wybiegania?
- Należy złapać balans, łączyć jedno z drugim. Zawsze powtarzam, że nawet mistrz świata w maratonie, będący w świetnej formie, jeśli nie weźmie pod uwagę aspektów aklimatyzacyjnych, nie osiągnie optimum, a czasami nawet nie zbliży się do czołówki.

Kilka miesięcy wcześniej brałeś udział w bardzo dziwnym biegu. Ścigałeś się na zamarzniętym syberyjskim jeziorze, a twój wynik przeszedł do historii.
- Był to jeden z moich pierwszych nietypowych biegów. Jestem fachowcem od dużych przewyższeń, a tam nie występowały. Rywalizowaliśmy na dystansie

maratońskim, na skutym lodem Bajkale. Panowały trudne warunki, w dniu startu termometry wskazały minus dwadzieścia trzy stopnie Celsjusza, a silny wiatr wiejący prosto w twarz, obniżał temperaturę odczuwalną o kolejne dwadzieścia oczek. Biegłem z „tejpami” na twarzy, żeby uniknąć odmrożeń. Jakby tego było mało, spadł świeży śnieg, więc czterdzieści dwa kilometry musiałem pokonać ciągłym skipem A. Dzisiaj myślę, że być może pomogło mi to w wygranej.

Czy w trakcie zawodów przydarzyło ci się coś dramatycznego?
- W trakcie kariery przytrafiło mi się kilka niebezpiecznych zdarzeń, ale najbardziej zestresował mnie bieg w Patagonii. Dowiedziałem się, że na malowniczej trasie biegu - prowadzącej przez fiordy, dzikie krzewy, zarośla, gdzie nie było zasięgu - grasuje puma. W nocy, gdy poruszałem się w parze z chilijskim biegaczem, było raźnie, ale później, gdy zostawiłem go w tyle, byłem wystraszony. Postanowiłem nie zwalniać, bo co chwilę słyszałem szelesty w krzakach. Miałem serce na ramieniu, wyobrażałem sobie, że wielki kot obrał mnie za cel polowania. Teraz żartuje, że jej obecność mi pomogła, bo biegłem tak szybko, że w każdym z punktów kontrolnych meldowałem się przed czasem oszacowanym przez organizatorów.

Czym zaskoczysz w 2019 r.?
- Plany na ten rok są w budowie; na pewno chciałbym zaliczyć dwa, może trzy starty w wysokich górach. Z kolei to, co jest już wyznaczonym celem, nie ma związku z bieganiem. Chcę w listopadzie, wraz z Piotrem Pustelnikiem (zdobywcą korony Himalajów i Karakorum, prezesem Polskiego Związku Alpinizmu – przyp. red.), wytyczyć nową polską drogę na Biegun Południowy. Przez góry Antarktydy.

Rozmawiał: Paweł Wilk

preview Fot. Kasia Biernacka/kasiabiernacka.com

Pasja i odrobina szaleństwa.
Polski ultramaratończyk
zaatakuje Biegun Południowy

W Biegu Rzeźnika, w swoim pierwszym biegu górskim wziął udział, żeby potrenować przed rajdem przygodowym. Zwyciężył. Dziś jest jednym z najlepszych ultramaratończyków na świecie.

Wygrywał mordercze zawody we wszystkich zakątkach świata. W 2019 r. Piotr Hercog - bo o nim mowa - weźmie udział w wyprawie na najbardziej wysunięty na południe punkt globu. Przez góry Antarktydy spróbuje wytyczyć nową polską drogę na Biegun Południowy.