preview fot. Shutterstock

Napęd 4x4 – sprawdzony partner nie tylko w teren. Jak działa i co daje nowoczesny napęd na cztery koła SKODY?

Napęd na cztery koła kojarzy się większości kierowców z jazdą po bezdrożach. To jednak nie wszystko, bo napęd 4x4 to także przyjemność prowadzenia i bezpieczeństwo w każdych warunkach. Jedną z najciekawszych ofert samochodów z 4x4 ma w Polsce SKODA.

Samochody z napędem 4x4 są gotowe na każde wyzwanie. Poradzą sobie na nieutwardzonych drogach, w żwirze czy błocie. Nie boją się też stromych podjazdów, zjazdów, dziur w nawierzchni czy głębokich kałuż. Co bardzo ważne w mieście i na trasie, 4x4 dają pewność prowadzenia

także w trudnych warunkach atmosferycznych. Dzięki sprawnemu napędowi 4x4 o wiele łatwiej jest zadbać o bezpieczeństwo nasze i pasażerów podczas ulewnego deszczu, śniegu czy na oblodzonym asfalcie, kiedy auto z napędem na jedną oś bardzo łatwo wpada w groźny poślizg.

Napęd w SKODACH stosowany ze sprzęgłem 4x4 jest elektronicznie sterowany i reaguje na każdą zmianę warunków w przeciągu kilku milisekund. Działa bardzo szybko, jest niezawodny i współpracuje z czujnikami ABS/ESP, co pozwala lepiej przenosić moment obrotowy.

Podczas codziennej jazdy SKODY z napędem 4x4 zachowują się jak auta przednionapędowe. Napęd 4x4 dołączany jest tylko wtedy, kiedy kierowca tego potrzebuje. Co ważne, dzieje się to błyskawicznie. Priorytetem dla układu jest wygoda i bezpieczeństwo.

W trakcie przyspieszania moc przenoszona jest na tył, aby polepszyć osiągi, za to kiedy jedziemy z większymi prędkościami, napęd przenoszony jest na przód dla większej kontroli nad samochodem.

Następujące modele Skody mogą zostać wyposażone w napęd 4x4

  • ŠKODA OCTAVIA

    Wyjątkowe połączenie praktyczności liftbacka i elegancji limuzyny. Gotowa na każdą sytuację. Posiada wiele funkcji bezpieczeństwa, dzięki którym poczujesz się pewnie w każdej sytuacji na drodze.

  • ŠKODA KAROQ

    5 trybów jazdy oferuje system wyboru profilu jazdy Driving Mode Select. KAROQ zachowuje pełną kontrolę i efektywność przenoszenia napędu we wszystkich warunkach, także poza drogami asfaltowymi

  • ŠKODA KODIAQ

    Tryb Off-road zapewnia gotowość do jazdy w terenie – reakcja pedału gazu jest mniej wrażliwa, a funkcja Auto Hold pomaga w pozornie niełatwych sytuacjach.

  • ŠKODA SUPERB

    Szybka i komfortowa limuzyna wyposażona w szereg systemów wspomagania zapewniających niezrównaną wygodę i bezpieczeństwo nawet w najbardziej niespodziewanych sytuacjach.

W tym miejscu warto też wspomnieć, że napęd 4x4 SKODY świetnie sprawdza się także w sportowych samochodach, o czym najlepiej świadczy najmocniejsza wersja dużego SUV-a producenta. KODIAQ RS ma pod maską potężnego, podwójnie doładowane diesla 2.0 TDI o mocy 240 KM i 500 Nm maksymalnego

momentu obrotowego. Do setki przyspiesza w ok. 7 sekund i bez problemu osiągnie 220 km/h. Napęd 4x4 w takim modelu to nie tylko pewność prowadzenia – pozwala także na odrobinę więcej kontrolowanego szaleństwa niż napęd na przód.

< >

Ostatnio SKODA bardzo mocno stawia na SUV-y. Samochody tego typu są lubiane za wszechstronność – dzięki większemu prześwitowi wiele z nich pozwala zjechać z utwardzonych i naprawdę radzi sobie na bezdrożach. Dotyczy to też KAROQA i KODIAQA, które dostępne są z napędem 4x4. Jeżeli zdecydujemy się na off-roadową wycieczkę, to docenimy przygotowany przez SKODĘ specjalny tryb off-road. Po wciśnięciu przycisku zmieni się zachowanie auta. Aby poprawić trakcję, ASR umożliwia większe poślizgi, a elektroniczna blokada

różnicowa reaguje szybciej. W razie potrzeby uruchamiane są funkcje Hill Hold Control oraz Hill Descent Cotrol – które wspomagają kierowcę podczas stromych zjazdów i podjazdów.

Ogromną zaletą napędu 4x4 jest jego wszechstronność. Przydaje się nie tylko poza asfaltem, ale poprawia także pewność i wygodę prowadzenia oraz znacząco podnosi bezpieczeństwo w trudnych warunkach.

Napęd 4x4
Działa szybko, niezawodnie i doskonale współpracuje z czujnikami ABS/ESP dla lepszego przenoszenia momentu obrotowego.
Podczas przyspieszania moc przenoszona jest na tył, by polepszyć osiągi, a podczas jazdy z większą prędkością, napęd przenoszony jest na przód dla większej kontroli nad autem
Napęd na wszystkie koła dołącza się tylko w razie potrzeby, w mgnieniu oka przygotowując Cię na zmieniające się warunki
Napęd 4x4
Napęd ze sprzęgłem 4x4 jest elektronicznie sterowany i reaguje na każdą zmianę warunków w przeciągu zaledwie kilku milisekund.
preview fot. Shutterstock

Podróżowanie razem
czy w pojedynkę? Czy da się jednoznacznie odpowiedzieć, co jest lepsze?

Chcesz poznać świat i zrozumieć siebie samego? Stać się bardziej kreatywnym i odważniejszym? „Podróżuj w pojedynkę!” – zdają się krzyczeć magazyny i książki poświęcone własnemu rozwojowi i pogłębianiu własnych możliwości. A kiedy w końcu decydujesz się na wakacje solo, wszyscy patrzą na ciebie jak na wariata. „Samotne wakacje? Na pewno nie ma przyjaciół i po prostu nie ma z kim wyjechać na wczasy”, myślą znajomi. Jak to w końcu jest? Czy można jednoznacznie stwierdzić, który model podróżowania jest dla nas lepszy?

Czym kierujemy się w naszym życiu? Co jest dla nas ważne w rzeczywistości, która nas otacza? Co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi i spełnieni? To tylko kilka najważniejszych pytań, na które musimy sobie odpowiedzieć, zanim zdecydujemy się na samodzielny wyjazd. Nie oszukujmy się. Wakacje w pojedynkę nie są dla każdego. Ale mają wiele zalet, które doceni każdy.


Po pierwsze, ty decydujesz

Każda decyzja należy do ciebie. Nieważne, czy będzie dobra, czy zła. Będzie twoja. I to ty musisz zmierzyć się z jej konsekwencjami. Nie zrzucisz na nikogo winy ani nikomu za nią nie podziękujesz. Uczysz się

odpowiedzialności za swoje czyny, a przy tym. prawdziwie odpoczywasz. Nie musisz do nikogo się dostosowywać, z nikim niczego ustalać. Jesteś „sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem”. Chcesz poleniuchować na plaży? Możesz spędzić pod palmami choćby miesiąc! Wolisz zwiedzać miasta? Nic prostszego! Łapiesz autobus i jedziesz do następnej metropolii.


Po drugie, pokonujesz własne słabości

Nikt nie zrobi nic za ciebie. Nieważne, czy rzecz tyczy się zarezerwowania hotelu, czy porozumienia się z kierowcą w nieznanym języku. Musisz wszystko zrobić sam. Wychodzisz więc ze strefy komfortu, zmieniasz swoje nastawienie i działasz. Nawet najbardziej nieśmiałe osoby muszą otworzyć się na innych, prosić miejscowych o pomoc, radę czy wskazówkę. Dla niektórych, tych śmielszych i pewniejszych siebie, to oczywiście nic trudnego. W nowym towarzystwie czują się jak ryba w wodzie. Jednak każdy ma jakieś słabości, z którymi musi się zmierzyć. Problemem dla towarzyskich osób może okazać się samotność. W końcu podróżują solo. Nawet po najlepszej imprezie w końcu zostaną sami. Sami w hotelowym pokoju, sami podczas śniadania czy kolacji. Zmierzenie się z własnymi myślami i samotnością też może być formą pokonywania słabości.

Nie musisz do nikogo się dostosowywać, z nikim niczego ustalać. Jesteś "sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem"

Po trzecie, poznajesz nowych ludzi

Nawiązywanie znajomości to nieodłączny element podróżowania solo. Osoby, które zwiedzają świat w pojedynkę nie muszą się specjalnie starać, żeby kogoś poznać. Miejscowi zaczepiają ich, myśląc, że samotna osoba czuje się zagubiona i trzeba jej pomóc. Grupki znajomych czy pary na wakacjach też są bardziej otwarte na zawieranie znajomości z jedną osobą, a nie z całą grupą. Oni już mają towarzystwo, nie potrzebują więcej. Więc jeśli już kogoś wprowadzają do swojego grona, to zazwyczaj właśnie pojedyncze osoby. Jeśli więc chcesz kogoś poznać, ten sposób podróżowania może okazać się strzałem w dziesiątkę.

Mimo tych niekwestionowanych zalet, większość z nas wybiera podróżowanie z kimś – z drugą połówką, z przyjaciółmi, z rodziną. Dlaczego najczęściej wybieramy taką formę wakacji?

Bo chcemy spędzić z kimś więcej czasu

Jesteśmy zabiegani, zmęczeni szarą monotonią dnia codziennego. Nie mamy czasu dla najbliższych. Poświęcamy im go coraz mniej. Wspólne rodzinne wakacje, spędzanie ze sobą każdej minuty, a jeszcze przed wyjazdem planowanie razem urlopu, wspólne pakowanie się i decydowanie o wszystkim razem to dla nas idealne rozwiązanie. Wczasy z kimś bliskim to coś, na co czekamy cały rok.

  • Fot. Adobe Stock

  • ŠKODA KODIAQ, fot. materiały partnera

  • Fot. Adobe Stock

  • Fot. Adobe Stock

Bo dzielimy z kimś obowiązki i finanse

Jedna osoba zamawia bilety, druga rezerwuje pokoje w hotelach, trzecia interesuje się wynajęciem auta, czwarta sprawdza lokalne zwyczaje. Podróżowanie często wiąże się z mnóstwem spraw do załatwienia. Szczególnie, kiedy jedziemy gdzieś sami, bez pomocy biura podróży. Zaplanowanie urlopu to też więc mnóstwo obowiązków. Wiadomo, lepiej rozdzielić je między kilka osób!
Na dodatek podróżowanie z kimś – czy to w większej grupie, czy w parze – jest zazwyczaj tańsze. Koszty rozkładają się na kilka osób. Mniej zapłacimy więc za pokój w hotelu, a często okazuje się, że już przy dwóch osobach bardziej opłaca się jechać gdzieś taksówką niż komunikacją miejską.

Bo zawsze możesz na kogoś liczyć

Nie ukrywajmy, podróżowanie z kimś jest mniej stresujące. Zawsze jest ktoś, kto pomoże ci w trudnej sytuacji. Kiedy przeziębisz się, złamiesz nogę czy zgubisz paszport, jest ktoś, kto wesprze cię, kupi lekarstwa w aptece, pomoże z załatwieniem formalności w urzędach.

Pomoc nie musi dotyczyć wyłącznie trudnych sytuacji. Druga osoba zrobi ci przepiękne zdjęcia, poda śniadanie do łóżka czy popilnuje twoich rzeczy, kiedy ty będziesz odsypiać trudy podróży.

Fot. Adobe Stock

Wszystko ma swoje plusy i minusy

Każdy rodzaj podróżowania ma swoje wady i zalety. Nie każdy sposób jest dla każdego, aczkolwiek są i tacy, którzy dzielą urlop na podróże solo i wakacje z rodziną. Jesteśmy różni i różnych form wypoczynku oczekujemy.
Jedno jest pewne - wszystkie podróże rozwijają i kształcą. Potwierdzenia możemy szukać wśród licznych badań na ten temat. Choćby w tych z 2009 roku, które przeprowadzili francuscy psychologowie biznesu z instytutu INSEAD razem z Amerykanami z Kellogg School of Management w Chicago. Naukowcy przeprowadzili wiele eksperymentów wśród studentów. Porównywali

umiejętności miękkie wśród osób, które nigdy nie wyjeżdżały za granicę i wśród tych, które mieszkały przynajmniej przez kilka miesięcy poza granicami własnego kraju. Podróżnicy okazali się znacznie kreatywniejsi od kolegów domatorów. Na dodatek szybciej podejmowali decyzje, dochodzili do rozwiązań przedstawionych problemów w mniej standardowy sposób. „Opuszczając własny kraj, przechodzimy pewną psychologiczną transformację, która pozwala dostrzec więcej możliwych rozwiązań, dlatego też w pewien sposób stymuluje kreatywność” – tłumaczył wyniki obserwacji współautor badania prof. Adam Galinsky. Nieważne więc, jaką formę podróżowania wybierzemy. Ważne, żeby podróżować!

preview

Niezwykła wyprawa braci
po Amazonce. "Najgorszy był trzeci atak piratów. Myślałem sobie: "Boże, podpłyńcie już do nas i zróbcie to, co macie zrobić"

Szliśmy przez osiem godzin przez dżunglę, ledwo ciągnąłem ten rower, byłem wyczerpany. W końcu się zbuntowałem: „Hubert, nie daję rady. Zatrzymaj się”. Brat był bezlitosny. Śmiał się tylko i odpowiadał: „Dawaj stary, idziemy! GPS pokazuje, że jesteśmy blisko i za moment kończy się dżungla”. Ja z zaciśniętymi zębami i ze łzami w oczach: „Ale mówiłeś to już cztery godziny temu!”. I oczywiście szliśmy dalej – opowiada Dawid Andres, który razem ze swoim bratem Hubertem Kisińskim, jako pierwsi na świecie dotarli na rowerach do ujścia Amazonki.

Damian Bąbol: Mijają trzy lata od niezwykłej wyprawy, w której brałeś udział ze swoim bratem Hubertem. Rowerami wybraliście w podróż po największej i jednej z najniebezpieczniejszych rzek świata. Później ta ekspedycja została opisana w książce "Rowerem po Amazonce" Piotra Chmielińskiego. Jak wspominasz tamten czas?

Dawid Andres: Bez wątpienia była to przygoda życia. Druga taka się nie powtórzy, co do tego jestem pewien. Gdybym jednak wcześniej wiedział lub zdawał sobie sprawę na co się piszemy, że będziemy przeżywać takie wydarzenia budzące skrajne emocje jak: napady piratów, przejścia przez najniebezpieczniejsze rejony Ameryki Południowej, pobyt na terenach, gdzie produkuje się największe ilości kokainy na świecie, to pewnie nigdy bym tam nie pojechał. Podejrzewam, że Hubert tak samo. Oczywiście razem z bratem mieliśmy dosyć sporą wiedzę o tym rejonie, ale nie przypuszczaliśmy, że jest aż tak niebezpieczny. Żądza przeżycia czegoś niezwykłego, co będziemy pamiętać do końca życia, była na tyle duża, że wygrała wówczas ze zdrowym rozsądkiem.

No właśnie, dlaczego zdecydowaliście się na taką przygodę?
- Zacznę od tego, że od dziecka mam w sobie duszę obieżyświata. Zwiedziłem już ogrom państw. Zawsze chciałem poznawać nowe, odległe krainy i podejmować się różnych zajęć. Prawdziwa szkoła życia była pracując na statku pasażerskim. Było ciężko, ale trudy tej roboty rekompensowała mi możliwość zwiedzania krajów i poznawania ludzi z różnych zakątków świata.

Czułem jednak, że chcę przeżyć coś naprawdę wyjątkowego. Kiedyś z kumplami chcieliśmy pojechać busem do Indii, ale z różnych powodów pomysł nie wypalił. Potem wpadła mi do ręki książka "Z nurtem Amazonki" Joe Kane’a, w ramach której Piotr Chmieliński, jako pierwszy na świecie, przepłynął Amazonkę od źródła do ujścia. Wtedy wpadłem na pomysł, że skoro nie jest mi dane pojechać do Indii, to przejadę Amazonkę. Na rowerze. Do udziału w tej wyprawie zaprosiłem mojego brata Huberta i razem marzenie zaczęliśmy powoli zamieniać w rzeczywistość. Z tego powstała potem książka "Rowerem po Amazonce", której autorem jest Piotr Chmieliński.

  • Bracia Dawid Andres i Hubert Kisiński w podróży po największej rzece świata. Źródło: Archiwum prywatne

  • Bracia Dawid Andres i Hubert Kisiński w podróży po największej rzece świata. Źródło: Archiwum prywatne

W jaki sposób przygotowywaliście się do tej wyprawy?
- Ja szykowałem się przez osiem miesięcy. Bardzo dużo ćwiczyłem. Codziennie wsiadałem na rower i zasuwałem przez trzy godziny. Oprócz tego biegałem, chodziłem po górach, pływałem na basenie oraz trenowałem na siłowni. Z kolei Hubert był kiedyś kajakarzem i biegaczem, ale w związku z tym, że późno dowiedział się o wyprawie, prawie w ogóle się do niej nie przygotowywał. Ma już chyba wrodzoną sprawność. Przez pierwsze tygodnie podróży to ja nadawałem tempo, ale później brat przejął pałeczkę i ciągnął tak już do końca.

Przeczytałem gdzieś opinię, że pokonanie Amazonki, to jak wstąpienie do piekieł. Niebezpieczeństwo czai się wszędzie. Zgadzasz się z tym?
- Może nie chciałbym tego aż tak bardzo demonizować, ale przeżyliśmy chyba wszystkie stany emocjonalne. Po Polikach płynęły czasem łzy rozpaczy, czasem szczęścia. Czuliśmy bezradność i triumf. Niesamowita sinusoida. Skala trudności momentami nas przerastała. Zwłaszcza, gdy przebijaliśmy się przez kilkumetrowe fale, bo na rzece walczyliśmy z potężnymi sztormami, jakie spotyka się na morzach. Jechaliśmy i płynęliśmy przez teren w Peru zamieszkany przez nieprzewidywalnych, jeśli chodzi o reakcję na przybyszy z zewnątrz, Indian Asháninka.

Naszą gwarancją bezpieczeństwa i przewodnikiem na tym obszarze był jeden z członków plemienia, Felipe. W czasie wspólnej podróży bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Nauczył nas też wielu niezwykle przydatnych umiejętności. Pokazał, jak należy wchodzić do indiańskich wiosek, jak się zachowywać w kontaktach z miejscowymi, jak łowić ryby, ogólnie jak przeżyć w dżungli. Był naszym fantastycznym partnerem. Zawsze będziemy go ciepło wspominać.

Natomiast w Brazylii poważnym zagrożeniem dla cudzoziemców jest obszar kontrolowany przez piratów. Współczesny pirat to uzbrojony po zęby gangster parający się handlem narkotykami i przemytem. Niestety dla wielu podróżników spotkanie z tymi bandytami zakończyło się tragicznie. My z Hubertem mieliśmy dużo szczęścia.

A jakim partnerem był Hubert?
- Sprawdził się idealnie. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym zrealizować tę wyprawę z inną osobą. Były różne momenty, kryzysy: fizyczne i psychiczne. Raz ja miałem doła, raz Hubert, ale nawzajem fantastycznie się wspieraliśmy.

Bracia Dawid Andres i Hubert Kisiński w podróży po największej rzece świata. Żródło: Archiwum prywatne http://bikingtheamazonriver.com

Opowiedz o waszej współpracy podczas wyprawy.
- Ja głównie zajmowałem się logistyką. Miałem sporą wiedzę, przeczytałem prawie wszystkie książki o ludziach, którzy pokonali Amazonkę. Z niektórymi nawet kontaktowałem się osobiście. Tak właśnie poznałem wspomnianym wcześniej Piotra Chmielińskiego. Piotr bardzo zaangażował się w naszą wyprawę, do tego stopnia, że zaczęliśmy z bratem nazywać go "Tatą".

Hubert był bardziej "złotą rączką". Potrafił wszystko naprawić. Najczęściej naprawiał oczywiście nasze rowery amazońskie. Rowery amazońskie przypominają katamaran. Rama rowerowa osadzona jest na dwóch pontonowych pływakach o długości 3 metrów i napędzana pedałami. Idea wyprawy polegała na tym, by łączyć jazdę z pływaniem. Górski odcinek Amazonki pokonaliśmy rowerami trekkingowymi jadąc drogami wzdłuż rzeki. Kiedy drogi skończyły się i możliwe było wejście na wodę, odpięliśmy koła od rowerów, ramy zamocowaliśmy na pontonach i rozpoczęliśmy spływ w dół Amazonki.

Rowery amazońskie będące konstrukcjami prototypowymi, budziły spore wątpliwości u Piotra Chmielińskiego. Pamiętam jak zapytał nas przed wyprawą:

"Panowie, czy te rowery wytrzymają na Amazonce?" Odparłem, że na pewno wytrzymają, w końcu testowaliśmy je na Warcie. Piotr się tylko uśmiechnął i skwitował, że podziwia nasz optymizm, ale Amazonka to nie jest Warta. No i faktycznie tak było. Ta rzeka zmieniała nam się niemal każdego dnia, z każdym dniem stawała się coraz potężniejsza i coraz groźniejsza.

Hubert szybko poczuł tę rzekę. Widział jak się zmienia i dostosował się do niej, reagował na większe prądy, fale. A przy tym na bieżąco zmieniał i modyfikował nasze rowery. Gdy dotarliśmy do jakiejś wioski, gdzie udało nam się znaleźć spawacza, to zaraz do niego pobiegł i razem coś w nim ulepszali.

Podczas któregoś ze sztormów rower Huberta rozpadł się na kawałki. Ja się niemal załamałem, myśląc, że nie damy rady dopłynąć do celu. Za to mój brat natychmiast obmyślił, co i jak trzeba naprawić, wzmocnić, udoskonalić, żeby doprowadzić nasze pojazdy do wersji perfekcyjnej. Wszystkiego uczyliśmy się w trakcie naszej wyprawy.

Jak ta podróż wpłynęła na wasze relacje?
- Fantastycznie. Niesamowicie nas do siebie zbliżyła.

Bracia Dawid Andres i Hubert Kisiński w podróży po największej rzece świata. Źródło: Archiwum prywatne

Pojawiły się jakieś kryzysy między wami?
- Może mieliśmy dwa starcia. Pokłóciliśmy się, ale na drugi dzień lub nawet za dwie godziny było tak, jakby nic się nie wydarzyło. To nas bardzo mocno trzymało razem. Podziwiałem Huberta za jego wytrzymałość. To facet z pokiereszowaną przeszłością. Jest młodszy ode mnie o osiem lat. Przez lata brał narkotyki, był od nich uzależniony. Mimo to organizm był bardzo dzielny.

Miał taką moc w nogach, że zwykle był gdzieś daleko przede mną, że traciliśmy się z oczu. Umówiliśmy, że będziemy płynąć systemem: 15/5, czyli 15 minut pedałować, a 5 minut odpoczywać. Kiedy dopływałem do niego kończąc swoją "piętnastkę", on właśnie kończył swoją "piątkę" i mi odpływał. Jeśli chciałem,

żebyśmy trzymali się chociaż w zasięgu wzroku, traciłem wiele swoich przerw na gonienie brata.

To znaczy?
- Szliśmy przez osiem godzin przez dżunglę, ja już ledwo ciągnąłem ten rower, byłem naprawdę wyczerpany, padałem na twarz. W końcu się zbuntowałem. Powiedziałem: „Hubert, nie daję rady. To chyba koniec, zatrzymaj się". Brat nic z sobie z tego nie robił. Był bezlitosny. Śmiał się tylko i odpowiadał: "Dawaj stary, idziemy! GPS pokazuje, że jesteśmy blisko i za moment kończy się dżungla". Ja mu na to z zaciśniętymi zębami i łzami w oczach: "Ale mówiłeś to już cztery godziny temu!". I oczywiście szliśmy dalej.

< >
  • Bracia Dawid Andres i Hubert Kisiński w podróży po największej rzece świata.

    Bracia Dawid Andres i Hubert Kisiński w podróży po największej rzece świata.

    Żródło: Archiwum prywatne - www.bikingtheamazonriver.com

  • Bracia Dawid Andres i Hubert Kisiński w podróży po największej rzece świata.

    Bracia Dawid Andres i Hubert Kisiński w podróży po największej rzece świata.

    Żródło: Archiwum prywatne - www.bikingtheamazonriver.com

  • Bracia Dawid Andres i Hubert Kisiński w podróży po największej rzece świata.

    Bracia Dawid Andres i Hubert Kisiński w podróży po największej rzece świata.

    Żródło: Archiwum prywatne - www.bikingtheamazonriver.com

  • Bracia Dawid Andres i Hubert Kisiński w podróży po największej rzece świata.

    Bracia Dawid Andres i Hubert Kisiński w podróży po największej rzece świata.

    Żródło: Archiwum prywatne - www.bikingtheamazonriver.com

Gdzie było najtrudniej: na lądzie czy na wodzie?
- Na początku w górach czułem się nawet nieźle. Hubert znosił to gorzej. Dla niego Andy były najcięższym etapem. Czasami było tak, że wspinaliśmy się na górę przez dwa dni. Nawet nie jechaliśmy, tylko pchaliśmy te rowery. Wychodził wtedy nasz brak doświadczenia. Ciągnęliśmy za dużo sprzętu, rowery ważyły 75 kg. Masakra. Wejść to jedno, ale potem trzeba było zjechać z takiej góry. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy na 5000 m. n. p. m., śnieg dookoła i zaczynamy zjeżdżać, a na dole tropiki i słońce grzeje. I znów czekał nas kolejny wymagający podjazd. W sumie pokonaliśmy 13 czterotysięczników, z czego niektóre miały wysokość 4800-4900 m n.p.m. Najwyżej byliśmy na 5200 m. Wspinaliśmy się w ten sposób przez dwa miesiące. Schudłem 16 kg. Później na samej Amazonce musieliśmy też mocno pedałować, ale warunki już były inne.

Pamiętasz ten moment, kiedy dotarliście do upragnionego celu, czyli do ujścia Amazonki w Atlantyku? Co wtedy czuliście?
- Z jednej strony radość, a z drugiej. jakiś dziwny smutek. Byłem pusty w środku. Dziś wiem, że nie cel był w tej przygodzie najważniejszy, tylko cała wyprawa. Marzyliśmy o tym, żeby tam dotrzeć. Byliśmy strasznie zmęczeni. Przez ostatni miesiąc non stop napieraliśmy. Gdy dotarliśmy do mety miałem tylko jedną koszulkę i jedne spodnie. Po drodze rozdaliśmy sporo rzeczy, bo mieliśmy tego za dużo. Gdy już byliśmy na miejscu, usiedliśmy na plaży i zacząłem odczuwać jakaś trudną do wytłumaczenia tęsknotę. Nagle dotarło do nas, że to już koniec naszej wyprawy. Dziwne uczucie. Ten stan, że wszystko się skończyło, że nie będzie już tych wspaniałych ludzi, nie będzie więcej wyzwań, które nas ciągnęły do celu i kształtowały.

Ponowne i zarazem prawdziwe szczęście z tego co dokonaliśmy, ogarnęło nas, gdy w Gdyni na Kolosach - odbieraliśmy główną nagrodę za wyczyn roku. To była ogromna radość.

Którą przygodę z wyprawy po Amazonce będziecie wspominać do końca życia?
- Amazonka to ciągła przygoda. Tyle spotkań zarówno ze świetnymi, jak i ze złymi ludźmi. Wydaje mi się mieliśmy ogromne szczęście. Jestem wierzący i wiem, że Anioł Stróż nad nami czuwał. Tych momentów, które utkwiły mi w głowie było naprawdę sporo. Samo przejechanie Andów było czymś niezwykłym. Później przygody na rzece. Spotkania z piratami. Raz podpłynęła łódka, w niej pięciu gości z giwerami. Szukali narkotyków, zaczęli nas przeszukiwać. Nic nie znaleźli i zostawili w spokoju. Razem. Potem podpłynęło do nas dwóch wyrostków. Na szczęście okazali się w porządku. Hubert Jeden z nich poczęstował ich papierosami i odpuścili. Najgorsza była trzecia zaczepka. Wykończyli nas psychicznie. Przez półtorej godziny płynęli blisko nas, obserwowali przez lornetkę i tylko czekali na moment ataku. Napisałem SMS do Piotra Chmielińskiego, żeby wezwał jakąś pomoc, bo już nie dajemy rady. W głowie rysowały się najczarniejsze scenariusze. Myślałem już nawet: „Boże, podpłyńcie już do nas i zróbcie to, co macie zrobić”. Chyba faktycznie zaczęli się do nas zbliżać i w tym momencie zadzwonił mój telefon. Zobaczyli przez lornetkę, że rozmawiam przez telefon i na szczęście odpłynęli.

Co w największym stopniu zadecydowało o waszym sukcesie, o zrealizowaniu celu, jakim było pokonanie Amazonki na rowerach?

- Byliśmy niesamowicie zdeterminowani. Wszystko rozegrało się w naszych głowach, mieliśmy obrany cel i do niego konsekwentnie dążyliśmy. Nasze przygotowanie fizyczne dałbym na drugim miejscu. Siła mentalna okazała się kluczowa.

Rozmawiał Damian Bąbol

preview

Chcesz osiągnąć więcej?
Poproś o pomoc

Chociaż często odczuwamy lęk przed zwróceniem się do innych po pomoc, radę i wsparcie, bycie samowystarczalnym wcale nie jest cnotą. Polegając tylko na sobie, możemy ponieść klęskę albo pozbawić się szansy na spektakularny sukces. Czasem ryzykujemy zdrowiem, a nawet życiem. Dlatego warto prosić o pomoc lub po prostu, gdy już jesteśmy bardzo zmęczeni, choć na chwilę oddać kierownicę w inne ręce – w przenośni i dosłownie.

Dlaczego na rozdaniu Oscarów, nagród w Cannes czy polskich Orłów twórcy tak chętnie dziękują tym, którzy im pomogli - współpracownikom, przyjaciołom, rodzicom, małżonkom? Choć to ich poświęcenie, talent i zaangażowanie zostały przez szacowne gremia docenione, żaden sukces nie jest osiągnięciem wyłącznie jednej osoby. Część uznania za sukces, który zaowocował statuetką odbieraną przez aktora, należy się reżyserowi, bo pewną ręką go poprowadził.

Ale też charakteryzatorowi, dzięki któremu gwiazdor mógł przeobrazić się w graną postać, operatorowi patrzącemu na niego przez obiektyw kamery, a także całej reszcie ekipy na planie. I podobnie jest w innych branżach, a także w zwykłych życiowych sytuacjach – kto polega na innych, temu łatwiej podołać wyzwaniu, ten odnosi sukcesy, unika porażek.

Fot. Adobe Stock

Co nie znaczy, że proszenie o pomoc przychodzi nam z łatwością. Często, zamiast poradzić się bardziej doświadczonej osoby, wykonujemy zadanie metodą prób i błędów, próbujemy się samodzielnie doszkalać albo w strachu przed porażką w ogóle nie podejmujemy starań, by problem rozwiązać. Jeszcze mniej chętnie przyznajemy się do tego, że nie poradzimy sobie z obowiązkami w pojedynkę. Chociaż wyuczony w dzieciństwie wierszyk Juliana Tuwima o Zosi Samosi przedstawiał tę samowystarczalną dziewczynkę w krzywym zwierciadle, w dorosłym życiu zosie samosie są chwalone za niezależność, odwagę i samodzielność. Ta samodzielność odmieniana przez wszystkie przypadki pojawia się obok używanej jako słowa wytrychu „wolności” niemal w każdym wywiadzie z kimś, kto coś osiągnął. W dyskursie sukcesu samodzielność to powód do dumy. Nieprzypadkowo najpotężniejszego biznesmena chwalimy za to, że jest self-made manem: doszedł do wszystkiego sam, a więc bez koneksji, protekcji i zaplecza. I na szczycie też jest samotny.

Kultywowanie mitu o sile tych, którzy wszystko robią sami, nie wpływa jednak najlepiej na atmosferę pracy. Głęboko w nas zakorzeniony strach przed odrzuceniem powoduje, że chcemy sprawiać wrażenie osób, które wszystkiemu podołają. Nie wierząc w siebie, sabotujemy swój sukces. A gdy już uda się osiągnąć wysoką pozycję, ze strachu przed rzekomą demaskacją nigdy nie przyznajemy się do błędu.

Strach, który wiąże się z okazywaniem słabości, zdaniem psychologów wynika z naszego ewolucyjnego przystosowania. Człowiek jako istota społeczna odczuwa lęk, gdy ryzykuje wyrzuceniem poza nawias. Odsłaniając swoje braki, w naszym pojęciu narażamy się na ostracyzm. Warto jednak tę sytuację odwrócić: Czy my reagujemy śmiechem, gdy ktoś nas prosi o pomoc? Czy uznajemy, że koledze brakuje kompetencji, tylko dlatego, że nie wykonał samodzielnie zadania? Czy uznajemy za nieomylnych tych, którzy nie znoszą sprzeciwu? Najprawdopodobniej na te trzy pytania odpowiedzieliście: nie.

Fot. Adobe Stock

W jaki więc sposób wykorzystać pomoc innych w pracy? Pytając ich, jak poradzili sobie z podobnym problemem, możemy wreszcie ruszyć do przodu. Współpraca, która się z tego wyłania, działa motywująco. A lekcja, którą ze współdziałania wynosimy, pomaga nam podobne zadanie w przyszłości rozwiązać już bez potknięć. Nie mówiąc już o tym, że bojąc się zapytać, czego dokładnie się od nas oczekuje, ryzykujemy wykonanie zadania niepoprawnie, a więc w konsekwencji przymus jego powtórzenia.

Zależność od drugiego człowieka – także w pracy – pozwala zyskać czas. Gdy poświęcamy długie godziny

– pozwala zyskać czas. Gdy poświęcamy długie godziny na zgłębianie zagadnienia, które stawia nam opór, albo, co gorsza, nie jesteśmy pewni, na czym ma właściwie polegać postawione przed nami zadanie, wykonujemy syzyfową pracę. W takim przypadku, a także wtedy, gdy mamy poczucie, że zostaliśmy obarczeni zbyt dużą ilością pracy, o wsparcie możemy poprosić nawet szefa. Przecież ci, którzy pełnią kierownicze stanowiska, najgorzej znoszą nieskuteczność. Wolę wiedzieć wcześniej, że pracownik nie podoła obowiązkom. Jeśli deklaruje, że może zrobić jeszcze więcej, a próbuje ukryć, że nie jest w stanie „dowieźć”, szef uzna, że popełnił błąd.

Fot. Adobe Stock

Nie musimy jednak wcale czekać z proszeniem o pomoc do momentu, gdy zupełnie sobie nie radzimy. Każdy dodatkowy wkład wzbogaci projekt, a przecież działając z ludźmi, pracujemy na wspólny efekt. Zwycięstwo jednej osoby oznacza sukces dla wszystkich. Nawet jeśli przygotowaliśmy już strategię poradzenia sobie z problemem, zapytajmy bardziej doświadczonych współpracowników o zdanie. Nie mówiąc już o tym, że najlepsze pomysły rodzą się dzięki burzy mózgów. Nie jest też tak, że nie osiągniemy niczego sami, ale radość ze wspólnego sukcesu jest większa. Ten argument przemawia chyba do każdego perfekcjonisty. W pracy, w której liczy się wspólnie wypracowany efekt, kreatywna energia jednej osoby może w pełni rozkwitać tylko dzięki wsparciu zespołu.

Poza pracą podobne sytuacje mają miejsce na porządku dziennym. Długa podróż, ciemna noc, zmęczenie daje się kierowcy we znaki. A często na miejscu dla pasażera też siedzi ktoś, kto może poprowadzić samochód. Zmieniając się za kółkiem, pozwalamy sobie na regenerację, a w efekcie znacznie obniżamy ryzyko wypadku. Nie ma

bowiem większego wroga bezpiecznej jazdy niż zdekoncentrowany ze zmęczenia kierowca.

Podobnie sprawy mają się w domu. Kto powiedział, że kobieta najlepiej ugotuje, posprząta i wypierze, a mężczyzna dokona drobnych napraw? Jedną ze zdobyczy równouprawnienia, która ma największy wpływ na codzienne życie, jest to, że nareszcie podział obowiązków nie przebiega zgodnie ze stereotypowymi rolami genderowymi. Co więcej, związki partnerskie opierają się w dużej mierze właśnie na tym, żeby zajmować się tym, co wychodzi nam lepiej, a proszeniem o pomoc drugiej strony w sytuacjach, w których nie czujemy się pewnie.

Samowystarczalność, choć gloryfikowana jako samodzielność, może stać się jednym z odcieni samotności – tak w pracy, jak i w domu. Prosząc o pomoc, otwieramy się nie tylko na wspólne rozwiązanie problemu, ale także wsparcie emocjonalne. Możemy być pewni, że niedługo przyjdzie nam się komuś odwdzięczyć. I wtedy przekonamy się, jak wspaniale czujemy się, gdy ktoś okazuje nam wdzięczność.

preview

SKODA Octavia - najbardziej
wszechstronny samochód na rynku

Nie ma drugiego samochodu na rynku, który byłby dostępny w aż tylu konfiguracjach wyposażenia i silników co Octavia. To właśnie tej szerokiej palecie wyboru kompaktowa SKODA zawdzięcza swój sukces.

Octavia to już marka sama w sobie. To synonim praktyczności, przestronności i nowoczesnych technologii w niewygórowanych cenach. Kompaktowa SKODA od lat bryluje w polskich rankingach sprzedaży. Za sukcesem modelu stoi niewątpliwie szeroka paleta silników i wersji wyposażenia, tworząca z niej najbardziej wszechstronne auto na rynku.

SKODA Octavia występuje w standardowych wersjach Active, Ambition, Ambition 4x4, Business, Clever, Clever 4x4, Style i Style 4x4. To jednak nie koniec. W palecie wersji są też odmiany specjalne, które pokazują potencjał i ambicje SKODY.

  • SKODA Octavia, fot. materiały partnera

  • SKODA Octavia, fot. materiały partnera

  • SKODA Octavia, fot. materiały partnera

  • SKODA Octavia, fot. materiały partnera

  • Najbardziej luksusowa, przepełniona nowoczesnymi technologiami odmiana to Laurin&Klement (oraz Laurin&Klement 4x4). Każda Octavia w wersji L&K wyróżnia się szczególną dbałością o detale i najwyższej jakości materiałami


Popisem sportowych możliwości Octavii są wzbudzające najwięcej emocji wersje RS oraz RS Challenge. Ich 245-konny silnik 2.0 może być łączony z 6-biegową manualną lub 7-biegową automatyczną skrzynią biegów. Inżynierowie SKODY idealnie wyważyli aspekty sportowe z praktycznymi: utwardzone zawieszenie nie pozwala


na przechyły karoserii na szybko pokonywanych zakrętach, ale jednocześnie gwarantuje komfort podróżowania po nierównych drogach; kilka trybów jazdy pozwala wybrać komfort lub podwyższony poziom adrenaliny – jednym przyciskiem kompletnie odmienia się charakter Octavii RS.

WERSJA SCOUT 4X4

Scout 4x4 to oferta dla tych, którzy swoją Octavią częściej niż inni zjeżdżają z utwardzonych dróg. Zwiększony prześwit, osłony silnika i plastikowe nakładki na zderzaki i nadkola nie tylko zdradzają nieco offroadowe aspiracje Octavii Scout 4x4, ale też nadają jej modny wizerunek. Ta odmiana kompaktowej SKODY dostępna jest wyłącznie w wersji kombi i z dwulitrowym, 150-konnym dieslem pod maską. Moc

przekazywana jest na wszystkie koła. Co ważne, napęd 4x4 nie tylko wpływa na możliwości terenowe Octavii, ale też znacząco poprawia bezpieczeństwo. Szereg czujników bez przerwy monitoruje zachowanie samochodu. Jeśli wykryje poślizg, przekaże moc na te koła, które mają lepszą przyczepność. Wszystko to staje się w mgnieniu oka i bez udziału kierowcy, który może cieszyć się bezpieczną i komfortową jazdą.

WYJĄTKOWO DŁUGA LISTA SILNIKÓW

Osiem standardowych wersji wyposażenia, pięć specjalnych, dwa rodzaje nadwozia, dwie skrzynie biegów, dwie odmiany napędu (na przednie lub na cztery koła) to nie wszystko, co pod względem personalizacji ma do

zaoferowania Octavia. Paleta silników jest równie rozbudowana. Pod maskę kompaktowej SKODY trafia aż sześć jednostek napędowych:

Silnik TSI 2.0
- 2.0 TSI o mocy 190 KM oraz 2.0 TSI o mocy 245 KM (tylko w wersjach RS i RS Challenge)
Silnik TSI
- 1.0 TSI o mocy 115 KM oraz 1.5 TSI o mocy 150 KM
Silnik TDI
- 1.6 TDI o mocy 115 KM oraz 2.0 TDI o mocy 150 KM

WSZECHSTRONNY JAK OCTAVIA

Na renomę najpraktyczniejszego i najbardziej wszechstronnego kompaktu na rynku Octavia pracowała latami. Dziś rozwiązania w niej stosowane to prawdziwy popis wykorzystania każdego centymetra przestrzeni: za klapką wlewu paliwa umieszczono skrobaczkę do szyb, pod podłokietnikiem znalazł się tzw. Jumbo Box, czyli wyjątkowo przestronny schowek, pod fotelami ukryto kamizelki odblaskowe, a w kieszeniach drzwi wygospodarowano miejsce na praktyczne pojemniki na odpadki.

SKODA to też mistrz wykorzystania przestrzeni bagażowej. System siatek pozwala przewozić przedmioty o przeróżnych gabarytach bez obawy o ich wędrówki po bagażniku. Praktyczne kieszenie i przegrody pozwalają ukryć pod podłogą drobne przedmioty, których nie ma potrzeby przewozić w kabinie pasażerskiej, a liczne haczyki to zbawienie dla obładowanych siatkami z zakupami. W Octavii każdy, nawet najdrobniejszy detal podporządkowany jest praktyczności. I to właśnie one składają się na renomę kompaktowej SKODY – najbardziej wszechstronnego samochodu na rynku.

< >
preview

Krzysztof Wielicki:
Tylko partnerstwo jest w stanie
zaprowadzić cię na szczyt
[ROZMOWA]

- W górach jest tylko jedna porażka: nazywa się śmierć. Cała reszta to nowe doświadczenia - mówi wybitny himalaista Krzysztof Wielicki.

Bartłomiej Kubiak: Skąd wspinacz wie, że musi zawrócić?
Krzysztof Wielicki: (długi namysł) Intuicja, doświadczenie... Intuicja i doświadczenie. Te dwie rzeczy.

A jeśli jego partner tego nie wie - tzn. chce się wspinać dalej - co się wtedy dzieje?
- No, to wtedy pojawia się problem.

Miewał pan takie problemy?
- Raczej nie. Jeśli już, pojawiały się nie w ścianie, tylko wcześniej - na dole, na etapie wyboru partnera. Tam człowiek starał się je rozwiązywać. Dobierać pod względem umiejętności, fizyczności, ale też ogólnego zrozumienia, czucia charakterów.

Z kim najbardziej lubił się pan wspinać?

- Z Arturem Hajzerem, Jurkiem Kukuczką, Mirkiem „Falco” Dąsalem, Bogdanem Nowaczykiem. Było kilku takich.

Ale samotność w górach chyba też pan lubił.
- Nie, dlaczego?

30 lat temu wspiął się pan samotnie na Lhotse (8516 m n.p.m.), dokonując tym samym pierwszego takiego wejścia na ośmiotysięcznik zimą. A potem były jeszcze takie wejścia na Broad Peak (8051 m n.p.m.), Dhaulagiri (8167 m n.p.m.), Sziszapangmę (8013 m n.p.m.), Gaszerbrum II (8035 m n.p.m.) i Nanga Parbat (8126 m n.p.m.).
- No, tak. Ale to nie były samotne wejścia, tylko solowe. A to trochę co innego, bo jechało się tam z zespołem. A że człowiek wspinał się sam? No cóż, był młody, może trochę głupi - adrenalina buzowała - chciał się sprawdzić.

Czyli pewnie pan trochę rozumie Denisa Urubkę, który w trakcie waszej zeszłorocznej wyprawy na K2 (8611 m n.p.m.) podjął samodzielną próbę wejścia na szczyt?
- Z Denisem było trochę inaczej. Bo on nie tyle chciał się sprawdzić, ile od samego początku powtarzał, że bez względu na wszystko chce wejść na K2. No i taką próbę podjął. Szkoda, że nieudaną, no i że bez zgody zespołu.

Adam Bielecki twierdzi, że himalaiści to z reguły uparci egoiści.
- Czy ja wiem? Na pewno egoizm w górach się pojawia, ale to jak wszędzie. W dzisiejszych czasach dominuje w wielu dziedzinach życia, akurat w górach nie powinien.

  • Fot. Zbiory Krzysztofa Wielickiego

  • Powrót z ABC do bazy obozu Fot. Piotr Snopczyński

  • Widok na K2 Fot. Piotr Snopczyński

  • K2 Fot. 123RF

Na niezdobyty zimą szczyt K2 próbują w tym roku wejść Kazachowie, Rosjanie i Kirgiz, a także druga wyprawa Baska Alexa Txikona, w której udział biorą m.in. Paweł Dunaj i Marek Klonowski. Jeśli komuś się uda, co wtedy z planowaną na przyszły rok polską wyprawą?
- W mojej opinii nie dojdzie do skutku. A jeśli dojdzie, to cel zapewne będzie inny. Wie pan, ja nie muszę zimą ruszać pod K2, żeby być szczęśliwym. Co nie zmienia faktu, że wciąż mnie to wyzwanie pociąga. Takie są właśnie góry.

Jest w nich w ogóle miejsce na demokrację?
- Na wyprawach obowiązuje system wojskowy, nie ma miejsca dla indywidualistów. Raczej się nie głosuje, tylko ktoś podejmuje decyzje, a partner czy grupa muszą się do nich dostosować. W dzisiejszych czasach jest to o tyle problematyczne, że niestety więzi międzyludzkie nie są już tak silne, jak kiedyś. Dużo trudniej jest stworzyć zespoły, które pracują dobrze, koherentnie. Ale trzeba próbować - dogrywać się, poznawać, współpracować, zarażać empatią. Bo w górach bez tego ani rusz. Tylko partnerstwo jest w stanie zaprowadzić cię na szczyt.

Jakie cechy w takim razie powinien mieć dobry partner?
- Najlepiej takie, które dobrze znasz. Brak znajomości zachowań drugiego człowieka w trudnych sytuacjach, mogą się okazać bardzo kłopotliwe i niebezpieczne. Jeśli jednak mowa o trudnych wejściach, to partner powinien być przede wszystkim równy - mieć cechy fizyczne na podobnym poziomie. Wtedy wiesz, że ktoś taki może ci pomóc. Że obaj możecie, bo to działa w dwie strony. Dlatego najlepiej wspinać się z kimś, kogo dobrze znasz. Zawsze wtedy jest łatwiej. Czasami wystarczy jedno spojrzenie, by wiedzieć, o co takiemu partnerowi chodzi. Teraz niestety o takich partnerów trudniej. To już nie są te czasy, że w góry jeździ się z przyjaciółmi albo że się ich tam poznaje. Kiedyś tworzyliśmy wspólne środowisko. Z klubów wysokogórskich wyjeżdżało się całymi zespołami nie tylko na ośmiotysięczniki, ale też w skałki, w Tarty, podejmowało się wspólnie różne prace wysokościowe, by na te wyprawy jakoś zarobić. Teraz to zanika. Każdy ma paszport, kartę kredytową i często najpierw wybiera sobie górę, a dopiero potem partnera.

Fot. Adobe Stock


Tylko partnerstwo
jest w stanie zaprowadzić cię
na szczyt.

Trudnej być atakującym, czy kierownikiem i brać odpowiedzialność za innych?
- Jak sam się wspinałem, to strach był mniejszy. W momencie, kiedy zacząłem kierować wyprawami, poczułem olbrzymią odpowiedzialność za zespół.

Wchodząc w ścianę, wspinacz musi być pogodzony, że może z niej nie wrócić?
- Nie wiem jak inni, ale ja nigdy z tym pogodzony nie byłem. Talent, praca, doświadczenie, umiejętności, a do tego nie do końca uzasadniona wiara, że sobie poradzisz, że nic nie jest w stanie cię zabić - tak do tego podchodziłem. To dominowało.

W górach rozmawia się o śmierci?
- Nie. To pojęcie w górach praktycznie nie istnieje.

Dlaczego w takim razie obraz polskiego himalaizmu opiera się głównie na eksponowaniu cierpienia?
- To już chyba pan musi zapytać samego siebie albo kolegów z branży. Bo to media kreują i eksponują w górach to cierpienie. Mnie ono jest obce. Ja idąc w góry, zawsze się cieszyłem. Pokonywanie trudności, zawsze sprawiało mi radość. Traktowałem i nadal traktuję cierpienie jako wartość. Jako coś, co prowadzi do realizacji celu. A nie jako coś złego, niedobrego, czym trzeba epatować.

Stracił pan w górach partnera podczas wspólnej wspinaczki?
- Tak bezpośrednio to raz. W pierwszym roku wspinania, w Tatrach. Byliśmy wtedy we trójkę, jeden kolega odpadł od ściany i zginął. Jeśli chodzi o kolejnych partnerów, to wielu później ginęło, ale nie podczas wspólnej wspinaczki, często na innych wyprawach.

Co się dzieje po takiej stracie, człowiek mówi sobie: dość, więcej tutaj nie wrócę?
- Znam tylko jedną osobę z naszego środowiska - pewną panią, z zespołu Wandy Rutkiewicz - która po takich traumatycznych przeżyciach zrezygnowała. Reszta nadal się wspinała.

Trochę nieczułe podejście do życia.
- Raczej oswojenie z konsekwencjami uprawiania himalaizmu, nawet tymi najbardziej tragicznymi.

Albo raczej dość specyficzna relacja ze śmiercią.
- Ja mawiam tak: w górach jest tylko jedna porażka i nazywa się śmierć. Cała reszta to nowe doświadczenia. Ale nikt nie chce umierać w górach, proszę mi wierzyć.

Rozmawiał: Bartłomiej Kubiak

Krzysztof Wielicki, fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta

preview

Skoda Karoq Scout - test.
Co to znaczy Scout?

Czym różni się Skoda Karoq Scout od zwykłej odmiany tego modelu? Sprawdziliśmy to na asfalcie i drogach nieutwardzonych.