preview

Bezpieczna zima w górach?
Dramaty nad Morskim Okiem
i podejście jak w korporacji

- Na wejściu do Morskiego Oka pojawiła się informacja: „Gdy zapada zmrok, robi się ciemno” – mówi Adam Marasek, doświadczony TOPR-owiec. – Ratownik zauważa, że w górach brakuje nam wyobraźni i pokory. - Obserwujemy korporacyjne podejście. Jak ktoś sobie parę miesięcy wcześniej zaplanuje, że tego i tego dnia wyjdzie w góry, to plan musi wykonać, nie patrząc na warunki. No bo przecież nie wiem, kiedy tu znów przyjadę i kiedy będzie się można pochwalić znajomym, że się weszło na przykład na Rysy - opowiada.

Łukasz Jachimiak: W jednej z rozmów z Panem trafiłem na historię o dwóch młodych mężczyznach, którzy chcąc potrenować przed zimową wyprawą w wysokie góry wjechali kolejką na Kasprowy Wierch i rozbili namiot na nartostradzie. Spędzili tam noc, a że nocą intensywnie padał śnieg, to nad ranem niewiele brakowało, by obozowisko zrównał z ziemią ratrak. Czy to najdziwniejsza sytuacja, z jaką spotkał się Pan zimą w górach?
Adam Marasek: Akurat tu wszystko się skończyło dobrze, ale mogło się skończyć tragicznie. To było na wjeździe do Kotła Gąsienicowego, tam gdzie pracują ratraki. Na szczęście ratrakowiec w ostatniej chwili zauważył, że coś wystaje ze śniegu. Tę sytuację można potraktować jak anegdotę. Ale też jak informację, do czego ludzie są zdolni.

No właśnie – do czego są zdolni? Niby każdy kto jedzie w góry zna elementarz, a życie pokazuje, że jednak turyści często zupełnie nie wiedzą, czego robić nie wolno.
- Rozbawia - niestety bardziej tych, którzy o tym słyszą, niż nas, którzy musimy interweniować - problem, który pojawił się już dwa sezony z rzędu w rejonie Morskiego Oka. Ono jest ogólnodostępne, oczywiście w zimie leży tam śnieg, bo jakżeby inaczej. Droga jest przejeżdżona, ale śnieg leży, mogą być też takie sytuacje, że pojawi się trochę lodu. Jednak ludzi to zaskakuje. Turyści, którzy przyjeżdżają do Zakopanego i w rejon Zakopanego w okresie świąteczno-noworocznym, lubią się wybrać do Morskiego Oka. Ale najpierw obowiązkowo muszą się wyspać, zjeść śniadanie i wyruszają dopiero około południa. Niestety, nie ma cudów, przed zmrokiem nie zdążą wrócić.

Adam Marasek, ratownik TOPR (Fot. Agencja Gazeta / MAREK PODMOKŁY)

Do ekstremalnych wycieczek wysoko
w góry trzeba podchodzić z dużą dozą pokory

Większość z nich wjeżdża na górę furką ciągniętą przez konie. Z chwilą zapadnięcia zmroku furki już nie jeżdżą, bo taka jest umowa z TOPR-em. No i tu się robi tragedia, bo nagle na górze zostaje kilkadziesiąt osób, zostają dzieci, panie nieprzygotowane do wyjścia w góry, do chodzenia po śniegu. I podnosi się wielkie larum, jak tu teraz ludzie mają zejść do samochodu, który zostawili 10 kilometrów od Morskiego Oka. Droga strasznie stroma, śliska - dramat. Problem jest tak duży, że na wejściu do Morskiego Oka pojawiła się informacja dla takich turystów. Treść jest prosta: "Gdy zapada zmrok, robi się ciemno".

Niestety, trzeba ironii, żeby niektórym coś uświadomić. To towarzystwo nie ma żadnych "czołówek", nie mówiąc już nawet o odpowiednim obuwiu itd. Zaczynają więc dzwonić telefony do TOPR-u, do Tatrzańskiego Parku Narodowego, do policji, do najwyższych państwowych czynników, bo różnie ci ludzie są umocowani. No i się skarżą, że straszna tragedia dzieje się w Tatrach. Niestety, to świadczy o pomyślunku Polaków. Przecież droga do Morskiego Oka to nie jest ulica Marszałkowska. Chociaż w minimalny sposób trzeba się do takiej eskapady przygotować.

< >

Takich historii najwięcej dzieje się zapewne w święta i w okolicach Nowego Roku? To najtrudniejszy okres dla TOPR-u?
- Tak. I trzeba rozdzielić dwa obszary naszej działalności w tym czasie i w ogóle zimą. To chodzenie po górach i jazda na stokach narciarskich. Oczywiście wypadków na stokach w okresie świąteczno-noworocznym zdarza się bardzo wiele. Przyjeżdża mnóstwo osób, trasy są zatłoczone, z reguły jest tak, że jeszcze nie wszystkie trasy są naśnieżone, więc ruch się kumuluje na trasach otwartych. Przez to powierzchnia do bezpiecznej jazdy się zmniejsza, stąd więcej wypadków.

Pewnie też stąd, że zwiększa się tendencja do jazdy brawurowej, po spożyciu?
- Niestety, w tym okresie generalnie nikt za kołnierz nie wylewa. To jest element, który w jakimś stopniu determinuje wypadki. Można do tego podejść z uśmiechem na ustach, ale trzeba w tym zauważyć podejście Polaków do gór i do narciarstwa.

Jakie ono jest?
- Już od kilku lat obserwujemy korporacyjne podejście do wyjść w góry. Mianowicie jak ktoś sobie parę miesięcy wcześniej zaplanuje, że tego i tego dnia wyjdzie w góry, to plan musi wykonać, nie patrząc na warunki pogodowe, na możliwości.

Liczy się tylko plan, no bo przecież nie wiem, kiedy tu znów przyjadę i kiedy będzie się można pochwalić znajomym, że się weszło na przykład na Rysy. Oczywiście trzeba podkreślić, że takie uwagi nie dotyczą wszystkich ludzi przyjeżdżających w góry. Ale części, niestety, tak.

Rysy zimą to może być dobry pomysł tylko dla nielicznych.
- W ciągu zimy nie ma wielu dni z doskonałymi warunkami, żeby bezpiecznie wychodzić na najwyżej położone szlaki. A jeśli już, to trzeba być do tego w różnoraki sposób przygotowanym. Przede wszystkim trzeba znać zagrożenia lawinowe, umieć się zabezpieczyć przed nimi.

Trzeba zaopatrzyć się w sprzęt lawinowy i umieć się nim posługiwać. Trzeba umieć posługiwać się czekanem, chodzić w rakach, potrafić wyhamować, kiedy przewrócimy się nawet idąc w rakach, bo zahaczymy o coś nogą. Elementów o których trzeba wiedzieć jest wiele. Do ekstremalnych wycieczek wysoko w góry trzeba podchodzić z dużą dozą pokory. Trzeba sobie odpowiedzieć na kilka pytań. Przede wszystkim: czy moje umiejętności mnie predysponują do tego, żeby iść w taki teren. Dalej: czy warunki mi na to pozwalają, czy pozwalają na to moja kondycja, przygotowanie. To wszystko należy rozważyć i dopiero wtedy się brać za organizację wycieczki.

  • ŠKODA Polska wspiera działania TOPR od 2003 roku. Fot. materiały partnera

  • Łącznie, we flocie TOPR-u jest aż 9 samochodów marki: ŠKODA KODIAQ, 5 modeli ŠKODY OCTAVIA i 3 ŠKODY YETI, gotowych do niesienia pomocy w każdych warunkach. Fot. materiały partnera

  • ŠKODA w służbie TOPR Fot. materiały partnera

  • ŠKODA w służbie TOPR Fot. materiały partnera

Są zimą w Tatrach szlaki absolutnie bezpieczne? Jakieś doliny?
- Oczywiście, że tak. Większość ludzi nie chodzi na najwyższe szczyty, tylko chodzi sobie właśnie do dolinek, gdzieś tam pójdzie na Kalatówki, na Kondratową. Generalnie jest tam bezpiecznie, poza wyjątkowymi sytuacjami, gdy zalodzi bardzo nawet te niskie szlaki i już nawet na takich podejściach trzeba używać raków, by bezpiecznie się poruszać, a nie ślizgać.

A propos korporacyjnego podejścia Polaków do gór, to wie Pan może czy Słowacy też prezentują taką postawę? Pewnie rozmawiacie z ratownikami ze słowackich Tatr i wie Pan czy po tamtej stronie też jest taki pęd, takie zadaniowe podejście do gór bez pokory i refleksji, że to jednak natura, której nie da się sobie podporządkować?
- Rozmawiamy ze Słowakami i powiem tak: w części jest u nich podobnie. Ale to widzenie zaburza się tym, że znaczna część wypadków zdarzających się na Słowacji zdarza się Polakom.

Czyli nie tylko u siebie jesteśmy znani jako amatorzy wspinaczki w klapkach i szpilkach?
- Już bym nie demonizował tych szpilek, bo choć nieodpowiednie buty cały czas się zdarzają, to na szczęście coraz więcej osób ma turystyczne obuwie, ubiór. To się zmienia na korzyść. Ale mentalnie, niestety nie bardzo się zmienia. Podejście jest takie, że przyjechałem w góry, nie znam ich zupełnie, ale gdzieś tam usłyszałem, że trzeba iść na Giewont, to idę. Albo idzie gość z Kasprowego Wierchu do Morskiego Oka, bo w jakiejś aplikacji sobie wstukał trasę i pokazało mu, że będzie szedł cztery godziny. Gość temu wierzy, a aplikacja nie uwzględnia warunków. Cały problem bierze się z tego, że dawniej chodzenie po górach wyglądało tak jak terminowanie czeladnika w warsztacie. Przez lata taki człowiek zdobywał umiejętności i kolejne stopnie. A teraz pomija się szkolenie, dochodzenie do wiedzy i do umiejętności. Nie ma przechodzenia od rzeczy łatwych do trudnych. Wydaje nam się, że już wszystko można zrobić na skróty.

preview Fot. shutterstock

Michał Król,
przewodnik wysokogórski IVBV

Zapytałem klienta, czy chciałby, żeby samolot, w którym się znajduje, prowadził pilot mający doświadczenie jedynie na awionetkach? Nie odpowiedział.

- Na rynku istnieją firmy, mające swoich „przewodników”, którzy na Mont Blanc byli dwa razy, a trzecią próbę podejmują już z klientami. To niepojęte. Nie wiem, jak to kulturalnie skomentować, a przeklinać nie wypada – mówi w rozmowie ze Sport.pl Michał Król, nagrodzony w przeszłości przez Ministra Sportu wspinacz, przewodnik wysokogórski IVBV.
Paweł Wilk, Sport.pl: Czego trzeba dokonać, żeby zostać nominowanym w kategorii wyprawa roku, w plebiscycie National Geographic?
Michał Król, przewodnik wysokogórski IVBV:
- Nie robię niczego dla nagród, więc ciężko odpowiedzieć na to pytanie. Trzeba konsekwentnie robić swoje, obrać ambitny cel i realizując go – wyróżnić się. Zawsze planowałem wyprawy trudne, jechałem w niewiadome, chciałem wytyczać nowe drogi lub przechodzić ściany dziewicze, na których nikt wcześniej nie był.

Pana ten zaszczyt spotkał. Doceniono pańską wyprawę w Himalaje Pradesz.
- Tak, ale należy podkreślić, że nie stanęliśmy (wraz z Davidem Kaszlikowskim – przyp.red.) na ośmiotysięczniku, a na niezdobytym wcześniej szczycie mierzącym dwa tysiące metrów mniej. Był trudny technicznie, ogrom ściany robił wrażenie. Nie koczowaliśmy w namiotach, nie poręczowaliśmy drogi, tylko parliśmy w górę, wspinanie było najważniejsze. Fajnie, że zostaliśmy nominowani przez National Geographic, ale nie był to nasz cel, to raczej miły dodatek. Najważniejszy był wierzchołek i powrót do domu. W jednym kawałku.

W Indiach dokonał pan kilku wymagających przejść.
- Tak, ale jeżdżąc w Himalaje, nie nastawiałem się na konkretne trudności. Nie działałem według schematu, nie weryfikowałem jakości ściany i przeszkód, jakie staną na mojej drodze, bo wybierałem lokacje nie opisane, na których przede mną nie było nikogo. Z Polski zabierałem bardzo dużo sprzętu, bo nie wiedziałem, co będzie mi potrzebne. Byłem przygotowany na wszystko.

Nadal ciągnie pana w góry wysokie?
- Niedawno urodziło mi się dziecko, więc nie mogę sobie pozwolić na długi wyjazd. Obecnie skupiam się na Tatrach, a w styczniu 2019 r., jadę z Marcinem Tomaszewskim na jedną z potężnych norweskich ścian. Natomiast, jak najbardziej, chciałbym pojechać, może jesienią 2019 r., na dziewiczy siedmiotysięcznik. Moim marzeniem jest również wejście, nową drogą, na szczyt mierzący ponad osiem tysięcy metrów.

Co będzie pana celem w Norwegii?
- Chcielibyśmy wytyczyć nową drogę na Kjerag (1100 m n.p.m.). To bardzo duży klif, z którego skaczą base jumperzy. Marcin dokonał wstępnego rekonesansu, ale o ewentualnym sukcesie ekspedycji zdecydują warunki atmosferyczne, pogoda w Norwegii bywa kapryśna. Przedsięwzięcie jest skomplikowane logistycznie, żeby się wspinać, musimy pod ścianę dopłynąć łódką. Zimą inaczej się nie da. Planujemy wspinać się klasycznie,

bez poręczowania, wykorzystywania kilkuset haków czy wiszenia w ławkach. Chcemy działać płynnie i bezpiecznie.

Wrócę na chwilę do Himalaizmu. Miał pan możliwość uczestniczenia w Zimowej Narodowej Wyprawie na K2 2018?
- Janusz Majer (do maja 2018 r. kierownik programu Polski Himalaizm Zimowy – przyp.red.) wspominał o zainteresowaniu mną, ale wiedząc, że w lutym urodzi mi się dziecko, w ogóle nie podjąłem rozmów. Temat umarł śmiercią naturalną, więc należy uznać, że propozycji nie otrzymałem. Gdybym nie miał rodziny, pewnie zastanowiłbym się, bo zimowe K2 (8611 m n.p.m.) jest dla polskiego himalaizmu bardzo ważne. Obecnie trzymiesięczna rozłąka z bliskimi nie wchodzi w grę.

Inna sprawa, że nigdy nie byłem na wyprawie z kierownikiem, nikt za mnie nie decydował, czy danego dnia się wspinam, czy robi to ktoś inny. Nie wiem, czy umiałbym się odnaleźć w takim porządku.

  • Michał Król, fot. www.instagram.com/michalkrolclimb

  • Michał Król, fot. www.instagram.com/michalkrolclimb

  • Michał Król, fot. www.instagram.com/michalkrolclimb

  • Michał Król, fot. www.instagram.com/michalkrolclimb

W sezonie 2019/2020 Polski Związek Alpinizmu planuje kolejną zimową wyprawę na K2. Co będzie, jeśli zostanie pan zaproszony?
- Nie pojadę. Mam dziecko, któremu chcę poświęcać uwagę. To najlepszy okres, gdy widzę, jak rośnie, rozwija się. Nie chciałbym przegapić tych chwil. Niedawno wróciłem z Alp, w których spędziłem miesiąc i było to za długo.

Rodzina jest najważniejsza?
- W tej chwili tak. Wydaje mi się, że to normalne, choć nie wiem, czy wszyscy wspinacze mają takie podejście. Styczniowy wyjazd do Norwegii zajmie dwa tygodnie, na podróż w Karakorum musiałbym poświęcić trzy miesiące.

Co pan robi między wyprawami?
- Wspinam się z ludźmi, jestem międzynarodowym przewodnikiem wysokogórskim. Jeżdżę w Tatry, Alpy, Andy i Himalaje. Ludzie najczęściej wybierają Gerlach (2655 m n.p.m.), Mont Blanc (4810 m n.p.m.), Matterhorn (4478 m n.p.m.), Grossglockner (3798 m n.p.m.) czy Aconcague (6962 m n.p.m.).

Organizuje też Himalaya Base Camp, wydarzenie, które wymyśliłem, siedząc bezczynnie w namiocie pod Annapurną (8091 m n.p.m.). Jest to szkolenie z pierwszej pomocy, poręczowania, ABC wspinaczki, zjeżdżania na linie, ale punktem kulminacyjnym jest nocleg w wiszących na skale łóżkach. We wrześniu organizuje kolejną edycję.

Michał Król

Zawsze planowałem wyprawy trudne, jechałem w niewiadome, chciałem wytyczać nowe drogi lub przechodzić ściany dziewicze, na których nikt wcześniej nie był.

To przygoda dla każdego?
- Oczywiście, choć impreza skierowana jest głównie do osób, które chciałyby zacząć się wspinać, poznać technikę, poczuć górski klimat. Doświadczeni wspinacze mogliby się nudzić. Fajnie, że ludzie integrują się w ten sposób, nawiązują przyjaźnie. Widzę, jak wrzucają na portale społecznościowe zdjęcia ze wspólnych wyjazdów w góry.

Wybierający komercyjną wycieczkę może nazwać się wspinaczem?
- Ludzie zadają mi takie pytania, zastanawiają się np., czy wspinając się ze mną w Tatrach, są taternikami, alpinistami. Moim zdaniem nie, bo takim mianem określić się może osoba samodzielna, niepotrzebująca przewodnika. Natomiast, jeżeli ktoś ma taką potrzebę, to proszę bardzo.

Z czym pan się mierzy w czasie wyjść z klientami?
- Najczęściej muszę stawiać czoła pogodzie. Umawiając wyjazd, nie mogę zapewnić, że uda się wejść na szczyt. W ciągu ostatniego miesiąca dwa razy wszedłem na Mont Blanc, ale również dwa razy musiałem zrezygnować. Pierwsza z pechowych grup nie miała odpowiedniej aklimatyzacji i doświadczenia w obyciu ze sprzętem zimowym, więc zmieniliśmy cel i koniec końców, wszyscy byli zadowoleni. Drugiej ekipie plany pokrzyżował intensywny opad śniegu. Ryzyko było za duże. Chcę też podkreślić, że nie jeżdżę w Alpy z osobami, których nie znam. Wszyscy moi koledzy po fachu stosują tę regułę. Na wyprawę w tę część Europy najlepiej udać się z osobami, które przeszły szkolenie zimowe i wiedzą, jak się poruszać w rakach. Bez tych umiejętności, wyjście np. na wspomnianego wcześniej „Blanca” jest nieodpowiedzialne i ryzykowne.

  • Michał Król, fot. www.instagram.com/michalkrolclimb

  • Michał Król, fot. www.instagram.com/michalkrolclimb

Jak ważne jest bezpieczeństwo w pańskiej pracy?
- Jest kluczowe, w końcu muszę wrócić do domu! Stres pojawia się przy każdej próbie i nie ważne, że np. na Mnichu byłem wielokrotnie. Przychodzą do mnie różni ludzie. Część jest odpowiednio przygotowana kondycyjnie, ale zdarza się, że jest po prostu dramat. Zastanawiam się, z czego to wynika. Czy to media społecznościowe wywierają taki wpływ na ludzi, że wybierają się w góry nieprzygotowani tylko po to, żeby komuś zaimponować?

Polska wyprawa na K2 sprawiła, co mnie bardzo cieszy, że coraz więcej osób chce się wspinać. Jednak trzeba to robić z głową. Na początek warto pojechać na kurs skałkowy, trenować pod okiem doświadczonego instruktora, który nauczy nas obsługi sprzętu i techniki. Nie chcę narzekać na rodaków, ale słuchając rozmów, mam wrażenie, że w Polsce wszystko jest na opak.

Wielu, z marszu, chce jechać w góry wysokie, nawet bez obycia tatrzańskiego, co jest absurdalne. Tatry nie są łatwymi górami, ale mamy je pod nosem, więc radzę wszystkim, żeby korzystać z tego dobra i w nich uczyć się rzemiosła. Żeby pojechać dalej, trzeba spędzić na Podhalu przynajmniej sezon.

  • Michał Król, fot. www.instagram.com/michalkrolclimb

  • Michał Król, fot. www.instagram.com/michalkrolclimb

Pod koniec czerwca na Mont Blanc zginęła Polka. Padła ofiarą tzw. czarnego przewodnictwa.
- Ludzie chętniej korzystają z usług tańszych. Niestety, oszczędzając kilkaset złotych, często ryzykują życie. Zastanawiam się, dlaczego ci "prowadzący" nie poświęcą czasu na naukę, nie zrobią uprawnień przewodnickich. Na rynku istnieją firmy, mające swoich "przewodników", którzy na Mont Blanc byli dwa razy, a trzecią próbę podejmują już z klientami. To niepojęte. Nie wiem, jak to kulturalnie skomentować, a przeklinać nie wypada.

Przytoczę panu historię z ostatniego wyjazdu w Alpy. Do mojej klientki podszedł facet, zaczął opowiadać, że wspinał się z Wandą Rutkiewicz, fotografował na kilku wyprawach. Zapytał, skąd jest. Kiedy odpowiedziała, że z Polski i przyjechała na Mont Blanc, od razu zadał kolejne pytanie: w ilu osobowym zespole będzie działać.

Gdy usłyszał, że idzie z partnerem i przewodnikiem, co zresztą stanowią przepisy, bo nie można prowadzić w tym masywie więcej niż dwóch osób jednocześnie, zrobił wielkie oczy i kiwał głową z niedowierzaniem.

Wszystkie apele idą na marne, ludzie wybierają to, co tańsze, nie zapoznając się z kwalifikacjami danej osoby. Zapytałem klienta, czy chciałby, żeby samolot, w którym się znajduje, prowadził pilot mający doświadczenie jedynie na awionetkach. Nie odpowiedział. Tak właśnie jest z "czarnymi przewodnikami" – ich pojęcie o górach jest niewystarczające.

Profesjonalni przewodnicy mają wyższe stawki, to oczywiste, ale wszyscy korzystający z takich usług - bo dziewczyna, o którą pan pytał już nam nie odpowie - powinni zadać sobie pytanie, co jest ważniejsze: życie czy parę stówek więcej?

< >

Co trzeba umieć, żeby otrzymać odznakę IVBV?
- Przede wszystkim trzeba się wspinać. To nie jest tak, że osoba z ulicy wymyśli sobie, że chce zostać przewodnikiem. Obecnie, żeby podejść do wstępnych egzaminów, kwalifikujących do kursu przewodnickiego, trzeba przedstawić górskie osiągnięcia wspinaczkowe i narciarskie. Żaden bubel nie przejdzie, bo trzeba podać daty i dane partnerów, z którymi prowadziło się działalność górską. Nikt nie zaakceptuje wykazu, z którego wynika, że wszystkie wypisane drogi przeszło się solo. To wręcz niewykonalne.

Środowisko jest na tyle hermetyczne, że każdy wie, kto i co robi w danej chwili. Wszyscy się znamy, kłamstwo nie przejdzie.

Posiadając wykaz kilkudziesięciu, a nawet kilkuset dróg pokonanych na dużych ścianach gór całego świata, można podejść do egzaminów. Jest ich kilka: narciarski poza trasą i wspinaczkowe – lodowy i skalny. Po zdaniu egzaminów przystępuje się do kursu trwającego od dwóch i pół do trzech lat. Po nim następują praktyki trwające kolejne dwa lata. Po tym przychodzą egzaminy końcowe i od ich wyniku zależy, czy uzyskamy tytuł międzynarodowego przewodnika wysokogórskiego IVBV.

preview

ŠKODA KODIAQ RS
– SUV o wielu twarzach

ŠKODA KODIAQ to wzór rodzinnego, przestronnego i praktycznego SUV-a. Jednak w wydaniu RS KODIAQ pokazuje sportowy pazur. Ma aż 240 KM, dorastał na Nurburgringu, a przy okazji nie zapomniał o żadnej ze swoich zalet, które uczyniły go bestsellerem.

W sportowej wersji trudno nie zacząć od jednostki napędowej. ŠKODA KODIAQ RS otrzymała najmocniejszego diesla w historii marki. To nowoczesny silnik wysokoprężny 2.0 TDI z dwiema turbosprężarkami.

Generuje on 240 KM mocy. Jeszcze większe wrażenie robi maksymalny moment obrotowy, który wynosi aż 500 Nm i jest dostępny w zakresie 1750-2500 obr./min.

Moc przenoszona jest na wszystkie cztery koła, a skrzynia to szybko pracujący automat DSG. ŠKODA KODIAQ RS rozpędza się do 100 km/h w ok. 7 sekund, a na niemieckiej autostradzie bez problemu pojedziecie 220 km/h. Zastosowanie mocnego diesla przekłada się także na niskie zużycie paliwa. Przy normalnej jeździe KODIAQ RS zadowoli się 6 l/100 km, wg znacznie bardziej rygorystycznej normy pomiaru WLTP.

< >

ŠKODA KODIAQ RS dorastała na Nurburgringu i pobiła tam też jeden z rekordów. Sabine Schmitz za kierownicą KODIAQA RS pokonała Północną Pętlę w 9:29,84 min, co okazało się najlepszym wynikiem dla siedmioosobowego SUV-a na 20,8-kilometrowym torze.

Dźwięk silnika generowany jest w dwojaki sposób. We wnętrzu jest on emitowany z głośników. Z kolei na

zewnątrz też usłyszymy bardziej basowy odgłos. Wszystko za sprawą „dodatkowego głośnika” zamocowanego przy końcówkach wydechu. Dzięki temu w trybie sportowym KODIAQ RS będzie brzmiał bardziej rasowo. Aby zatrzymać tego kolosa, ŠKODA postanowiła wprowadzić 17 calowe tarcze hamulcowe zarówno z przodu, jak też z tyłu. Ma to wpłynąć na poprawę hamowania.

ŠKODA KODIAQ w wersji RS nie zapomina także o żadnej ze swoich zalet. Przykładowo, dzięki sprawnemu napędowi 4x4 i bardzo dobrym parametrom terenowym (prześwit to 196 mm, kąt natarcia 19 stopni, a zejścia – 23,5 stopnia) SUV nie boi się wycieczki w trudniejszy teren.

KODIAQ to oczywiście wzór rodzinnego auta. Wnętrze jest połączeniem przestronnej i komfortowej przestrzeni oraz praktyczności.

Po stronie atutów KODIAQA, również tego w wydaniu RS, trzeba zapisać jeden z największych bagażników w klasie, wygodną tylną kanapę oraz możliwość zamówienia trzeciego rzędu siedzeń.

Wnętrze doprawiono oczywiście sportowymi dodatkami. Czerwone detale widoczne m.in. w nowym emblemacie RS wyraźnie kontrastują z perforowaną Alcantarą, nadając wnętrzu agresywnego stylu.

  • Czerwone przeszycia znaleźć można m.in. na centralnym podłokietniku, oraz na podłokietnikach w drzwiach

  • Sportowe wnętrze - ŠKODA KODIAQ RS

  • Fotele ze zintegrowanymi zagłówkami oraz czerwone detale widoczne m.in. w nowym emblemacie RS

  • Sportowe wnętrze - ŠKODA KODIAQ RS

Czerwone przeszycia znaleźć można m.in. na centralnym podłokietniku, na podłokietnikach w drzwiach i wielofunkcyjnej kierownicy. W sportowym aucie nie mogło oczywiście zabraknąć czarnej podsufitki, nakładek na pedały ze stali nierdzewnej i eleganckiej tablicy rozdzielczej. Sportowe fotele zapewniają znakomite trzymanie boczne.

KODIAQ RS to topowa odmiana bestsellerowego SUV-a. Można go więc wyposażyć we wszystko, co w tym modelu jest dostępne – od dużego ekranu najnowszego systemu multimedialnego, wirtualne zegary, przez oświetlenie ambientowe, kamery 360 po ogrzewane fotele. KODIAQ robi wrażenie także listą pokładowych systemów bezpieczeństwa i wsparcia kierowcy.

Sportowo wyprofilowane fotele ze zintegrowanymi zagłówkami i czerwonymi przeszyciami
Wielofunkcyjna kierownica została utrzymana w sportowym duchu
Przykuwające uwagę czerwone przeszycia znaleźć można m.in. na podłokietnikach w drzwiach

Na drodze ŠKODA KODIAQ RS z pewnością będzie się wyróżniać ostrą stylistyką. Specjalnie dla tej odmiany wprowadzono czarną atrapę chłodnicy wraz ze znaczkiem tej odmiany pojazdów Skody, która jest znakiem rozpoznawczym wszystkich RS-ów. Warto też zaznaczyć, że po raz pierwszy znaczek ten przybrał barwy czerwono-srebrne. Innymi elementami wyróżniającymi nowego KODIAQA jest choćby przeprojektowany przedni zderzak, tak aby sprawiał on wrażenie poszerzonego pojazdu. Poza tym z tyłu nie zabrakło eksponowanych końcówek układu wydechowego, listwy odblaskowej poprowadzonej przez całą szerokość auta.

Uzupełnieniem wyglądu zewnętrznego są czarne obudowy lusterek oraz 20 calowe koła, we wzorze zarezerwowanym jedynie dla RS-ów. Będą one dostępne w trzech kolorach. Nie zabrakło również czerwonych zacisków, jak też palety ośmiu kolorów lakieru.

Lista zalet Skody KODIAQ jest bardzo długa. Wersja RS do przestronności, praktyczności, bezpieczeństwa, komfortu i bogatego wyposażenia dopisuje jeszcze ponadprzeciętne osiągi i emocje z prowadzenia sportowego auta. Na rynku, a na pewno w tej klasie, trudno znaleźć równie wszechstronny samochód.

  • ŠKODA KODIAQ RS, fot. materiały partnera

  • ŠKODA KODIAQ RS, fot. materiały partnera

preview

Zimowy poradnik kierowcy

Śnieg, lód, mokry asfalt – Filip Kaczanowski, instruktor Škoda Auto Szkoła, podpowiada, jak radzić sobie z trudnymi warunkami na drodze.

Zima sprawia kierowcom problemy. Ci, którzy parkują pod chmurką, z pierwszymi muszą się zmagać, jeszcze zanim ruszą w drogę. Konieczność wcześniejszego wstawania i poranne skrobanie szyb czy odśnieżanie samochodu to nieodłączny etap zimowego podróżowania autem. Ale nie wszyscy kierowcy traktują przygotowanie auta do drogi jako punkt obowiązkowy.

Wciąż są tacy, którzy nawet po intensywnych opadach śniegu pozostawiają na samochodzie grubą warstwę białego puchu, bo liczą, że podczas jazdy zdmuchnie ją

wiatr. A z zamarzniętą szybą radzą sobie włączonym na maksimum ogrzewaniem. - To poważne błędy. Pozostawiony na szybie lód znika dopiero po przejechaniu kilku kilometrów, a spadający z dachu śnieg ogranicza widoczność innym kierowcom. Może także zsunąć się na szybę, np. podczas hamowania, i całkowicie zasłonić kierowcy widok na to, co dzieje się przed jego autem – mówi Filip Kaczanowski ze Škoda Auto Szkoła. Nie dość, że jest to bardzo niebezpieczne, to jeszcze kierowca, który zimą nie przygotuje samochodu do drogi, może dostać mandat.

Fot. Adobe Stock

Tymczasem z problemami spowodowanymi zimową aurą można łatwo zawalczyć. Oczywiście nic nie zmieni faktu, że na odśnieżanie pojazdu musimy poświęcić przynajmniej pięć minut, więc trzeba wyjść z domu wcześniej. Ale taki czas powinien wystarczyć na oczyszczenie pojazdu nawet po śnieżycy. Potrzebna jest solidna szczotka do usuwania śniegu i odmrażacz. Nie powinno również zabraknąć skrobaczki - w większości modeli Škody znajdziemy ją w klapce wlewu paliwa, dzięki temu jest ona zawsze pod ręką. Przydatna może się też okazać mata na przednią szybę. Nie tylko pozwala sprawnie usunąć śnieg, ale zapobiega też osadzaniu się lodu.

A jeśli nie użyliśmy maty na szybę i nie mamy czasu na skrobanie, możemy zastosować odmrażacz do szyb.

O ile to możliwe, po intensywnych opadach śniegu warto tak zaplanować trasę przejazdu, żeby przebiegała przez główne drogi, które są zwykle lepiej odśnieżane niż podrzędne uliczki. Ruszając w trasę w zimowych warunkach, warto pamiętać o kilku żelaznych zasadach. Pierwsza z nich, najważniejsza, do znudzenia powtarzana nie tylko przez instruktorów, ale i policjantów - trzeba zwolnić. Powód jest dość prosty - spada przyczepność opon, a więc wydłuża się droga potrzebna do zatrzymania auta.

Fot. montaż

Takie trudne warunki to szczególnie zdradziecki tzw. czarny lód (gołoledź). Zjawisko wiąże się z bardzo dużym zagrożeniem, ponieważ jest niewidoczne i występuje miejscowo, co osłabia czujność kierowcy. Jak je rozpoznać? Jezdnia wydaje się mokra i delikatnie świeci. Zwykle lodem pokryte są również pobocze czy drzewa. Kolejnym sygnałem jest wyczuwalny luz w układzie kierowniczym czy brak odgłosu szumu kół.

Jeśli więc nie mamy pewności, jaką przyczepność ma asfalt, warto przy niewielkiej prędkości zahamować i sprawdzić, ile miejsca potrzebujemy, aby bezpiecznie się zatrzymać. Uwaga! Test należy przeprowadzić na pustej drodze, aby nie doprowadzić do kolizji.

  • Škoda Auto Szkoła, fot. materiały partnera

  • Škoda Auto Szkoła, fot. materiały partnera

Wskazane jest również utrzymywanie większego dystansu od poprzedzającego auta, a dojeżdżając do skrzyżowania, trzeba wcześniej wytracać prędkość i wspomagać się hamowaniem silnika - redukując biegi. Dzięki temu ograniczamy ryzyko utraty kontroli nad pojazdem.

Na śliskiej jezdni problem możemy mieć nie tylko z hamowaniem, ale również z poślizgiem. Ten zwykle powoduje u kierowców przerażenie, ponieważ na kursach nauki jazdy nie ćwiczą tego, jak wyjść z takiej opresji. No właśnie – jak?

W przypadku nadsterowności, kiedy tylne koła samochodu tracą przyczepność, należy wykonać kierownicą kontrę w celu korekty prawidłowego toru jazdy. Przy podsterowności (przednie koła tracą przyczepność), która zwykle występuje w czasie skrętu, kierowca musi natychmiast zdjąć nogę z gazu oraz zmniejszyć wykonywany wcześniej skręt kierownicą.

Jeśli kierowca podróżuje pojazdem wyposażonym w system stabilizacji toru jazdy, np. ESC lub ESP, powinien spokojnie reagować na poślizg kół i delikatnie korygować kierunek jazdy. System pomoże mu wyjść z poślizgu.

Fot. materiały partnera

Zimą mniej znaczy więcej. Zbyt gwałtowne ruchy kierownicą czy pedałem gazu nam nie pomogą. Aby auto wykonywało nasze polecenie, należy delikatnie skręcać i przyspieszać - ostrzega Filip Kaczanowski.

Instruktorzy ze Škoda Auto Szkoła przypominają o jeszcze jednej dość poważnej kwestii, a mianowicie zbytniej wierze w systemy elektroniczne. Popularny układ stabilizacji toru jazdy czy ABS pomagają bezpiecznie prowadzić samochód w warunkach zimowych, ale praw fizyki nie oszukają. Czasem wystarczy, że zwiększymy prędkość o kilka kilometrów,

aby przekroczyć granicę ich możliwości utrzymania pojazdu na właściwym torze jazdy czy możliwości bezpiecznego zatrzymania się. Tu warto jeszcze wspomnieć o autach z napędem 4 x 4. Te oczywiście oferują lepszą trakcję na śliskiej nawierzchni, ale hamują dokładnie tak samo, jak pojazdy napędzane na jedną oś.

preview

Starcie charakterów

"Na warsztat" wzięliśmy Skodę Kodiaq RS i dwóch redaktorów Moto.pl.